Po treningu.
Dzień lekki.
Drabiny WL 5 x 1-2-3 100 kg.
Wyrzucone 8 oczek. Poszło 8 razy z ciężarem z ławki. Jakość ruchu. Czasu miałem bardzo mało i trening zrobił się gęsty ciut za bardzo.
O 20:30 kettle.
===========
Na treningu pojawił się brat kołcza. Naprawdę niezły wymiatacz, który od lat prowadzi grupę w Norwegii. Robiliśmy podejścia pod TGU. Ogólnie tu byłem z siebie zadowolony, a i trenejros pokazywali OK. Raz mnie tylko "ustawili" na prawą rękę. Może właśnie ten błąd ograniczał moje możliwości ataku na KB48. Byłem jedynym uczestnikiem zajęć, który mógł ćwiczyć z odważnikiem. Duma mnie rozpiera
Nie było wycisku było dużo pracy nad mobilnością. Potem się zrobiło konkretniej bo weszły swingi. I to dość solidne. Cały trening z KB36. Mój ukochany "atomowy swing" również mnie nie złamał. Jednak HS to nie fitness i nie GS. Jak złapiesz rytm, to tylko sykasz i prosisz serducho żeby napompowało krwi i tlenu. I dopiero jak odstawisz odważnik to czujesz co to znaczy "wahadło". Pięknie...
A mniej piękne jest to, że podobno mam cierpliwie poczekać do nauki zarzutu, bo go nie umiem. Po zajęciach byłem na krótkiej konsultacji. Brat trenera powiedział, że widzi moje samouctwo i skrzywienie techniki. Podobno dzielę powtórzenie na dwie części, a to ma być jeden płynny ruch. Wydawało mi się, że zarzuty robię dość dobrze. Wydawało się.
Ron - odważniki są pewnie jeszcze starsze niż XVIII wiek.

I opowieści o nich są równie fascynujące, jak one same. Nie będę zaczepiał tematu, bo zaraz mi się włączy grafomaństwo

Jak Wam któregoś dnia pokażę tatuaż z kettlem, to się nie dziwcie. To już takie stadium choroby. Nikt nie zrobiłby sobie dziary z suwnicą Smitha

A prywatny odważnik ma status miecza samurajskiego: trzeba go szanować, bo to nie tylko kawał żeliwa. Tak... Szwagier robi ładne tatuaże...
Zmieniony przez - MaGor w dniu 2015-09-24 07:06:30