Bardzo dziekuje, Wam wszystkim. To co obiecalem, bo i tak nie zasne..
Mialem sie przespac, ale nic z tego – emocje, skurcze, obolale miesnie, te sprawy – napisze wiec na goraco i bedzie z glowy. Tym raziem opowiesc raczej krotka, bo ile razy mozna sie rozwodzic nad tym samym tématem.. Jak pisalem Wam rano wstalem dzis rzeski, wyspany i.. niemal zdrowy ;) Adrenalina i sila rozwiazaly chwilowo problémy bolu biodra i stopy.
Lekkie sniadanie po 6, spacer, autem do firmy, przesiadka na tramwaj i bylem w strefie startu przed 8 – godzina zapasu. Dosc chlodno, wiec spedzilem te godzinke na spacerach z Chuda – uderzajaca byla kameralnosc imprezy – 3000 biegaczy maratonskich, po 400000 w Paryzu nie robi wrazenia. Organizacja niemiecka – kibelkow chyba tyle co biegaczy ;) Tak to spokojnie uplynelo mi oczekiwanie na start.
Poniewaz niesiony euforia poczulem sie dobrze - postanowilem ze ide po wszystko albo nic - lece na okolice 3:28 - 3:29 - w ten sposob ze do 37 km pobiegne na zlamanie 3:30 - a pozniej jak los da - albo ognien i cos urwe, albo walka o zycie i utrzymanie tempa. Wyszla walka - biodro mnie zdradzilo na 36 km - ale moja porazka to nie jest wina biodra, tylko moja. Po sredniej widac, ze mialem zapas na obrone tego 3:30 - ale po pierwsze - nadrobilem zbyt wiele metrow - dolozylem sobie ponad pol kilometra na zbiegach do kibicow i bitwie z medykiem - 500 metrow to dwie i pol minuty - a dwa, dalem sie psychicznie zlamac tej przygodzie i nie zebralem sie juz do biegu ponizej 5 minut.
Oczekiwanie na start spokojne, start bez emocji – chwilka i juz biegne – moja strata na starcie brutto to nawet nie minutka – ale malutki marathon ;) Poczatek luzny, bez tloku i deptania, spokonie. Zalozenie – lece cokolwiek ponizej 5 min/km i ciesze sie tym, ze biegne. Finalnie okaze sie ze to tempo wcale nie bylo dla mnie luzne – pewnie odbil sie brak treningu biegowego w ostatnich tygodniach – i bieg zamkne ze srednia Hr 160 – nie malo, ale zadne to wytlumaczenie, bylem przygotowany na bieg na sredniej 165 przez caly dystans. Poczatkowo planowalem pobiec kawalek za zajacami na 3:30 ale rwali tempo koszmarnie – wolalem wlasne rowne. Na 8 km ja luzno – a przy trasie zona i przyjaciele. Zbieg, pozowanie, piatki, ustawka – widzimy sie na 20 km. Biore od nich wode – nie bede tracil czasu w korkach na stolach z piciem. Zelazna rezerwe mam na pasie – 200 ml. Mam tez dwa zele ktore zjem na 20 I 30 km, mam telefon, ktorego nie wyjme, podobnie jak ipoda i sluchawki. Bede sie do samej mety rozkoszowal odglosami maratonu. Odglosy sa.. petarda ! Ogrom kibicow, prywatnych punktow kibicowania – wcale nie gorszych od tych zorganizowanych przez Metro – setki malutkich piatek do przybicia. Korzystam, bo to ostatni raz. Jeszcze nie rycze ☺
Biegniemy raz plasko, raz w gore, raz w dol. Myslalem ze mam tu plasko, a okazuje sie ze suma podbiegow dosc zacna wyszla – ale nam to nie robi. Mamy chmury, chlodno, malo wieje jak na NRW – jest super. Tempo trzymam grzecznie, biodro nie boli – boli
zbita pieta, ale to nic takiego. Dobiegam na 20 km – jest Chuda z ekipa, a ja trzymam sie niezle. Biore kolejna wode, pozuje, piatki, ustawka – widzimy sie na 34 km i lece dalej. Nie rycze ☺
Nie rozmawiam z zawodnikami niemal wcale, moze mnie nie lubia za koszulke, a moze juz im ciezko – mnie robi sie ciezko ale pogadalbym. Dogania mnie rodak – ciesze sie, ale on tylko chce sie przywitac, przeliczyl sie i nie wytrzyma mojego tempa. Na chyba 26 km robi mi sie niewyraznie, musze sie koncentrowac by nie zwalniac, i miesnie jakos pobolewaja, i ciezej jakos z wiatrem sie zmagac.. Zbieram sie na 25 km – teraz biegne za siebie i za moje sponsorki, jest latwiej. Byle do 34 – do mojej zony i kibcow. Pierwszy raz noga puszcza mi kolo 33 km – zle staje na zakrecie, zabolalo, ale nie ma tragedii. Niestety gdy mijam moja ekipe cos znow zabolalo i zaczynam kulec, widze panike w oczach zony, tylko czekam gdy kazde mi zejsc. Nie kazala. Kazala mi zeby zacisnac i pedzic, wiec biegne, bo pedem tego nie nazwe – ale trzymam tempo. Z moimi zobacze sie na mecie. 36 km – poszlo, nagle nie jestem juz w stanie biec rowno, ale lekko odciazam prawa i jakos idzie, moze dolece. Szybko licze, lekko zwolnie, doturlam sie do 40 km, docisne, uratuje 3:30. Akurat.. Bola juz miesnie i stopy – za to nie bola plecy i brzuch, wiedzialem ze planki I T2B zrobia mi robote, korpus jest mocny. Widze tablice z 40 km i zastanawiam sie, czu uda mi sie zerwac do przyspieszenia..
Na 40 km na wielkim punkcie podbiegl do mnie typ w czerwonej kamizeli i sciagnal mnie za reke na trawnik, wciagnal do namiotu. Bylem w takim k***a szoku, ze dalem sie jak baran na rzez zaprowadzic. Ja pytam co jest, a on ze musi mi pomocy udzielic - ja ze nie potrzebuje - a on ze musi bo to jego obowiazek a ja ledwo biegne tak kustykam. No szok totalny - na szczescie zamiast dac mu w ryja rzucilem - to mnie gon i zwyczajnie spieprzylem z namiotu medycznego. Nie gonil mnie, ale i tak nie mial szans, rwalem ponizej 4 min na km zdrowy jak nigdy ;) Mignela mi tylko tablica 41 km - i zabraklo sil - oczywiscie. Zabraklo, bo musialo, skad mialem miec zapas na sprint po 3 godzinach z okladem biegu – ale tez dlatego, ze spojrzalem na zegarek gdy piknal mi 41 km.. Spojrzalem i wiedzialem, ze by dowiezc do mety 3:29 musialbym zrobic cala koncowke po 4 minuty – stracilem ponad minute na punkcie medycznym. To mnie zwyczajnie zlamalo, nagle biodro zabolalo jakby chcialo zabic, stopy odmowily wspolpracy, a miesnie nog alarmowaly – skurcze na horyzoncie. Poryczalem sie wiec ze zlosci I postanowilem dobiec honorowo – nie zwalniajac ponizej 6 min/km. Oczywiscie plakalem tez z zalu nad wlasna glupota i z tesknoty za maratonem – tam, na 42 km powinienem snuc plany, odgrazac sie, gdzie i kiedy znow zaatakuje zyciowke..
Ostatnie 200 metrow to juz zabawa z kibicami, radosc, euforia. Znow nic nie bolalo, prawie, staralem sie tak biec by na filmie nie bylo widac paralitycznego utykania, ale to nie wyszlo. Dobieglem.
Przebieglem maraton w 3 godziny, 32 minuty i 14 sekund – nie bede kryl ze sie ciesze, ale nie bede kryl ze miesiac temu planowalem szybciej. Sporo.. Jest jak jest. Na razie na rok, dwa, z maratonem sie zegnam. Jesli uda sie jakims cudem zdrowie poprawic, wroce rozprawic sie z kolejna bariera czasowa, ale jesli nie, bede jezdzil kibicowac, bo maraton to sens.
Przezylem kilka ciezkich minut, myslalem wowczas o tych co dobrze mi zycza – dziekuje Wam. Czuje sie bardzo zmeczony I obolaly, pewnie jutro bedzie gorzej, ale gdy ktos zapyta, odpowiem jak zawsze – bylo warto. Gdybym dzis nie stanal na starcie nigdy bym sobie tego nie wybaczyl, pewnie juz nigdy sie tak biegowo nie przygotuje jak teraz. Znow wiele sie o sobie dowiedzialem, szczegolnie o slabszej stronie mojej psychiki – ze ciezko bedzie dzis fizycznie bylo pewnym, ale ze dam sie zaskoczyc przez glowe.. coz, nie spodziewalem sie. Wynik jest zatem lepszy niz sam wystep, ale tego co przezylem, nikt mi nie odbierze ;)
Zmieniony przez - xzaar77 w dniu 2015-04-26 19:13:07