Dług i dziwny dzień za mną. Na szczęście.
Rower kupiłem - rowerem pojeździłem. Wykonałem wyrok na skarbonce i wysupłałem z zanadrza kasę urodzinową, odłożoną na kettla 24 kg. Do biegania nie czuję pociągu, a jakieś elementy dbania o serce (długi spokojny wysiłek) muszą się pojawić. To mój radykalny zwrot ku tzw. aerobom, który zapowiadałem kilkanaście postów temu.
Wróciłem z Lublina z dziećmi i rowerem. Szybko poskręcałem cudaka w garażu (nie miałem ze sobą bagażnika i musiałem zdemontować koła, siodełko itp. - dobrze, że na szybkozłączkach) popędziłem Młodego, założyliśmy kaski (była wyprzedaż w Decathlonie) i wio. Musiałem odstawić go dzisiaj do matki. Zażyczył sobie z rowerem, to było z rowerem.
Kask - jestem zwolennikiem poglądu, że przedmiotów takich jak kask, kapok, okulary ochronne używamy raz w życiu. Ale czasami jest to ten najważniejszy raz. A zatem mam kask rowerowy
Z Młodym rekreacyjnie. Ot kręciliśmy żeby nas komary nie gryzły. Powrót szybciej. Na plecach miałem ciuchy na siłownię.
JS 3
WL 3 x 1 x 110 (108)
No. Od tego roweru dziwny ból w łopatce. Pewnie od opierania się o kierownicę. Przejdzie. Ułoży się.
MC Sumo (waga brutto - trzeba odjąć 2 kg)
90 x 5
100 x 5
110 x 3
120 x 1
130 x 1
140 x 1
145 x 1
150 x 1
155 x 1
160 x 1
165 x 1
Gdzie tu ukryły się 3 repy z programu? Sam nie wiem. Przy 160 kg zaczęły mnie palić mięśnie w udach. Z przodu. Te z numerkiem w nazwie. Obawiam się, że to zasługa pedałowania
przed treningiem. Sucho w gębie i raczej średni entuzjazm. Te 165 dzisiaj to był maks. Nie dygnąłbym więcej bez pałąka na plecach. Zostawiłem sobie do jutra. Planowałem po powrocie zrobić sobie jeszcze 100 swingów, ale zwyciężył głód. Bo i jadłem dzisiaj gorzej niż koczownik.
Rano: trzy jajka na twardo, zagryzione waflem z dżemem i popite kubkiem śmietany
Potem: 250g kiełbasy swojskiej (?) i kolejne 250 ml śmietany 30%. Chciałem kupić takiego cukierka jak na zdjęciu Evo, ale sprzedajnica orzekła, że jednego mi nie sprzeda. Nie chciałem się kłócić. Jakiegoś takiego najmniejszego z lodów zjadłem. Oreo? Kanapka?
Po powrocie z siłki: trzy jajka na oleum cocosum, do tego ziemniaki ze smalcem i krem warzywny na bulionie ze śmietaną.
Tuż przed snem dwa wafle. Jeden z dżemem, drugi ze śmietaną 36%
Nie jest to menu wojownika. Do tego zeżarte w locie, tak jak nienawidzę. Kettle dzisiaj zaniedbane

Miałem ze sobą w Lublinie ciuchy, bo namierzyłem siłownię, w której od września rusza z zajęciami jeden z wychowanków Darka Walusia. Dwa razy w tygodniu będę jeździł. Po drodze tam posprawdzam klasówki - z powrotem będę spał (mój przystanek to końcowy

) Chyba, że skleję ekipę.
W tej siłowni klamotów pod sufit i miałbym ładny trening. Ale i u nas było dzisiaj nieźle. Sauna na sali, ale humory dopisywały
Z kettli najbardziej żal mi TGU. Bez tego ćwiczenia nie dzieje się nic. Trzeba wrócić do Simple i zaplanować progres aż do Sinister. Powoli, metodycznie, z dowolnością ograniczoną do minimum. Chciałbym już się wziąć za coś innego, a tu taka kłoda leży w poprzek drogi.
Idę spać.