Hey! Jestem tu nowa. Moje
odchudzanie zaczęłam od Kopenhaskiej - we wrześniu zeszłego roku. Zaraz po niej zrobiłam kapuścianą i w sumie schudłam 8 kg. Potem przeszłam na Montignaca - w 3 miesiące zrzuciłam 5 kg.
Niestety potem rzuciłam się na słodycze...Zajadałam problemy i zanim się spostrzegłam znów przytłam.
Zaczęłam znów się odchudzać, jednak po kilku dniach diety znów lądowałam z batonem w ustach.
Wzięłam się więc za ćwiczenia. Przez 6 dni ćwiczyłam po 1,5 godziny - najpierw 50 minut gimnastyki i ćwiczeń siłowych, potem 40 minut na rowerku stacjonarnym. Po ćwiczeniach jadłam białkową kolację. Ale nie schudłam ani grama. Wiem, że to tylko 6 dni, ale byłam pewna, że przy ćwiczeniach i diecie coś ruszy.
Zaczęłam się więc zastanawiać czy nie lepiej znów zrobić Kopenhaską, a potem stopniowo zwiększać jedzenie i dorzucić ćwiczenia? Czy lepiej jeść zgodnie z zasadami Montognaca i dalej ćwiczyć?
Kusi mnie Kopenhaska, bo jak ją robiłam we wrześniu, efekty było widać natychmiast. Z drugiej strony bioję się, że mi się zwolni metabolizm i w ogóle już nie schudnę.
Mam w tej chwoli 10 kg nadwagi:(
Wiem, że trudno jest doradzić, bo każdy reaguje inaczej, ale bardzo prosiłabym o poradę w tej sprawie.
Z góry bardzo dziękuje.