Amido - na redukcji należy się cieszyć z obecności ketonów. To, że masz ich śladowe ilości, może oznaczać dwie rzeczy:
- jesz za dużo węgli (wątpię - 30 g i mniej to nie jest "za dużo")
- jesz
za dużo białka i organizm pozyskuje węgle w drodze glukoneogenezy. W tym wariancie możesz nie zrzucić fatu, ale szarpnąć po mięśniach. Ketony chronią mięśnie. Ludzie jedzący wg IF też powodują produkcję ketonów i korzystają z ich dobrodziejstw. One zawsze pojawiają się przy postach (wystarczy kilkanaście godzin) i/lub "niedostatecznej" podaży węglowodanów.
- Twój organizm nauczył się produkować tyle ketonów ilu potrzebuje i w związku z tym do moczu trafiają tylko śladowe ilości.
Nie przeginaj z wysiłkiem i staraj się biegać z jak najniższym tętnem, albo rób sobie totalne falowanie serduchem i biegaj w zakresie 60-90 HRmax.
Musisz znaleźć równowagę pomiędzy tempem i tętnem. Biegaj tak szybko jak potrafisz, z tak niskim tętnem jak to tylko możliwe. Oczywiście 65% to Twój próg dolny, poniżej którego nie warto schodzić. Dla Ciebie długotrwałe przejście w strefę przemian anaerobowych to niepotrzebne i nieefektywne działanie zaczepne

Nie masz węgli żeby nimi żywić organizm, a ketony nie zdążą się wyprodukować ad hoc żeby karmić mózg i serce (oba organy potrzebują rezerwy wysokoenergetycznych związków)
Jeżeli mówimy o LC jako o normalnym sposobie odżywiania, to wtedy ketony są zbyteczne, ale jeżeli utrzymują się za długo, to można mówić o stanie lekko chorobowym.
=== === === === ===
Miałem dzisiaj wielkie plany. I chyba na planach się skończy. Trening musi być. Pewnych spraw nie można odpuszczać. Może uda się zrobić zdecydowanie na ciężko.
Wieczorem miałem - to ta niespodzianka - jechać na nocne morsowanie w Zalewie Zemborzyckim. Potem ognisko (kiełbasa

) itp. Impreza zaczyna się o 19:00. Muszę wyjechać na nią 17:30. O 17:00 kończę trening z młodzieżą, a przed ich treningiem muszę zrobić swój, a czas mam najwcześniej o 15:00-15:30. Mój trening to też nie jest prosta sprawa, bo 40 minut sesja z ciężarami + 8 km biegania (w jednym ciągu), a demonem prędkości to ja raczej nie będę po swojej sesji. Dodam, że czasem warto coś zjeść i się czegoś napić, a nie mogę tego zrobić bezpośrednio przed treningiem.
No i dodatkowo obiecałem synowi, że go zabiorę. Nieopatrznie zresztą. Nie przemyślałem sprawy. Impreza skończy się o 21:00. W domu bylibyśmy o 22:30. A młody idzie jutro do szkoły. Do tego fakt narażania go na podróż autem po nocy, z ojcem, który - być może - będzie kiwał się ze zmęczenia i - niewykluczone - przysypiał za fajerą (taka kąpiel w zimie to potężny wydatek energetyczny. Organizm wydaje energię 15 razy szybciej niż jest w stanie ją produkować. Stąd w lodowatej wodzie można wytrzymać do 10 minut, a w moim przypadku totalnego nowicjusza 1-2 minuty. Potem zaczyna się wychłodzenie, a metabolizm ma ochotę się załamać (hipotermia). Jak się załamie solidnie, to tylko lekarz i zastrzyki. Mimo wszystko podobno warto, bo intensywność i jakość procesów regeneracyjnych odpalanych przez organizm po takim szoku nie ma sobie równych. Woda chłodzi 25 razy szybciej niż powietrze. Efekt pięciu minut w wodzie o temp. 1-2 stopni, podobno odpowiada 25 minutom w kriokomorze. Na kriokomorę mnie nie stać, ale jezior kilka mam w okolicy. Pierwszą kąpiel chciałbym odbyć pod okiem ludzi doświadczonych.
Jeżeli będę musiał przyciąć swoje plany, to kąpiel - z żalem - leci pierwsza. Mogę jechać w niedzielę. O 12:00 też się kąpią. Tylko, że w niedzielę mam 18 km biegania. A pisały mi Morsy, że jednak pierwszy raz to lepiej wykonać na świeżo, z lekką rozgrzewką, a nie po wysiłku.
No nic. Zobaczymy jak to się ułoży.