Już w poniedziałek zaczynają mi się treningi. muszę wrócić do formy..
Wczoraj miałem niemiłą przygodę, tzn w sumie miłą, napadło mnie i moich dwóch kolegów, 2 starszych pijaków, mój kolega trenuje
muay thai dosyć długi czas, wyglądamy nie pozornie. Zaczepiali nas to olaliśmy, potem przybiegli do nas to zaczeliśmy się z nimi bić. Dowaaliliśmy ich. Żadnych obrażeń, ciekawa przygoda. Strasznie przez całą sobotę byłem nakręcony. Podobała mi się ta akcja.
Wiecie, jednak jakoś tak zagubiłem się po drodze. Od poczatku czerwca tak zszedłem trochę z drogi wojownika na drogę zwykłego człowieka. Stałem się taki jak inni. Do no powiedzmy połowy czerwca miałem zapał do treningów, ćwiczyłem, dawałem z siebie wszystko, poświęcałem się mojej pasji. Jednak idąc dobrą drogą, na chwile zszedłem z niej. Zacząłem imprezować, pić, bawić się i olałem treningi. Stałem się jak każdy inny. Myślałem, że skoro już tam umiem boks to co mi więcej trzeba? obronie się jak będę musiał, więc piłem, chodziłem na dyskoteki, zostawiłem sport, poszedłem w złą stronę. Dzisiaj siędząc sam nad rzeką pomyślałem, Tomek, k***a, przecież byłeś dobrym bokserem, dobrze Ci szło, weź daj z siebie wszystko, bądź inny niż wszyscy, oddaj się temu co naprawdę kochasz. I tak pomyślałem, że kończę z tym, biorę się za treningi, chcę słynąć z boksu a nie z tego że pije i że bije się pod dyskotekami czy coś.
W poniedziałek ruszam już z trenerem do treningów. Wyjazd do Mielna przekładam na za tydzień. Tym czasem idę spać, mając browar w ręku... myślę, że to już jeden z ostatnich.