Ale mam lenia. Leje od rana, mokro, nieprzyjemnie. W planie było core i trucht regeneracyjny po wczorajszych podbiegach, ale na razie patrzę na ogień w kominku i nie chce mi się wyjść ;) W zeszłym tygodniu zacząłem sobie robić taki poranny slowjogging na rozgrzewkę poranną: najpierw core, a potem 3 km naprawdę wolno po lesie, czasami przeplatane np pompkami. Fajnie rozbudza rankiem, zawsze to jakieś kilometry ;)
W środę Bieg Niepodległości w Żaganiu. Było nieźle, dosyć ciepło, niewiele padało. I była wielka chęć na złamanie życiówki na dychę (obecnie 51 minut dokładnie). Wszystko szło dobrze aż do 4 km - tam był podbieg, który mnie zniszczył. Normalnie łyknąłbym go na śniadanie, ale Łęmkowyna pomachała mi palcem z przeszłości i osłabłem. Nie było już sensu gonić, choć po płaskim moc była, ale wiedziałem,ze ten podbieg będę robił raz jeszcze, więc na spokojnie dokulałem się do mety poniżej 54 minut.
Zastanawiam się, jak oceniać ten bieg. Chyba jednak jestem z niego zadowolony: był powiew mocy, takie muśnięcie uczucia, że jeszcze
jest progres do zrobienia.
Już nie musze biegac boso na bieżni ;) przyszły fivefingersy. Śmieszne uczucie - lekkie i ożywcze bieganie, całkiem inaczej pracują mięśnie i nóg, i pośladków. Myślę, że się polubimy ;)