Roman Przeciszewski, Polska Zbrojna, 2 stycznia 2005 r., nr 1
Próbujemy zajrzeć
za otoczone ścisłą tajemnicą
kulisy ich działań...
Kilkanaście kilometrów od centrum Warszawy. Wysoki betonowy mur, za nim - za¬mknięty teren elitarnej jed¬nostki. Kilkadziesiąt metrów od biu¬ra przepustek niski, niepozorny, ni¬czym niewyróżniający się budynek. W nim - jedna z sal odpraw GROM-u. Warunki tego spotkania są nadzwy¬czaj klarowne: żadnych nazwisk, żad¬nych zdjęć, dat i nazw miejscowości, a także wszelkich danych, które mo¬głyby doprowadzić do ujawnienia bo¬haterów niżej opisanych zdarzeń. Przede wszystkim w trosce o ich bezpieczeństwo.
To o czym możemy swobodnie, na luzie rozmawiać? - reporter „PZ" nie¬co niezręcznie czuje się w tym z góry narzuconym gorsecie służbowej „cenzury".
- Jak to o czym? Przecież intereso¬wały pana nasze działania w Iraku kapitan, który ma baczyć na to, co jest tajne, a co może pójść do gazety, pytaniem odpowiada na pytanie.
Co jest pewne? W zasadzie tylko to, że 20 grudnia prezydent Aleksander Kwaśniewski powitał ostatnią grupę żołnierzy GROM-u, którzy właśnie zakończyli misję w Iraku. Byliście siódmą zmianą GROM-u, która wziꬳa na siebie to bardzo odpowiedzialne, trudne, pełne ryzyka zadanie. Ponad 200 żołnierzy GROM-u w czasie tych siedmiu zmian było w Iraku, działało zgodnie z rozkazami, wykazując się profesjonalizmem, męstwem, umie¬jętnością współdziałania z innymi oddziałami, także żołnierzami wie¬lu narodowości powiedział zwierzchnik sił zbrojnych. Zaraz po tym Sztab Generalny WP opubliko¬wał następującą, towarzyszącą po¬wyższej wypowiedzi statystykę: przez misje w Iraku i Afganistanie, w których było 11 zmian, przeszło 80 proc. żołnierzy grup bojowych GROM-u. Wielu z nich brało udział w misjach kilkakrotnie. Jeżeli zaś cho¬dzi o działania w Iraku, to:
- Było to najtrudniejsza i najważniej¬sza misja w historii jednostki. Doświad¬czenia, które zdobył GROM, będzie można wykorzystać m.in. w szkoleniu kolejnej, piątej już zmiany żołnierzy udających się w połowie 2005 r. do Ira¬ku -- dodawał Jerzy Szmajdziński, mi¬nister obrony narodowej.
Na koniec jeszcze jedna statystyka z Rakowieckiej: żoł¬nierze GROM-u uczestniczyli w Iraku w ponad 200 akcjach bezpośrednich. W ostatnim czasie zatrzymali kilkuset po¬dejrzanych o terroryzm. Wśród nich było kilka osób z tzw. talii kart, czyli najbardziej poszukiwanych prominentów reżimu Saddama Husajna.
Taka sobie akcja
Na dobrą sprawę jest dopiero parę go¬dzin po wojnie. Wszystko jest więc jeszcze świeże, żywe, konkretne. - Baliście się? Czuliście strach?
- Strach nieraz był. Ale pod kontrolą... St. chór. sztab. X jest w GROM-ie od sześciu lat. Kpt. Y od trzynastu. Pierwszy przeszedł z innej jednostki liniowej. -- Wielu kolegów domyśliło się z rozkazu personalnego, gdzie trafiłem
- sądzi X. Y z zawodu jest elektroni¬kiem. Zakończył zasadniczą służbę wojskową i powiedział sobie: „do wi¬dzenia z takim wojskiem". Gdy jednak jego trener zagwarantował, że w GROM-ie będzie inaczej, z powro¬tem włożył mundur.
Teraz realizuję swoje marzenia. Lubię to robić...
Co dokładnie? Przymyka oczy i widzi, jakby to było tu i teraz: kolejna opera¬cja powietrzno-lądowa. Nikt jeszcze nie wie, jak niebezpieczna, czym się skończy. W każdym razie startują z Bagdadu. Kilkoma śmigłowcami lecą do jednego z pobliskich miast. Lot nie trwa długo. Zadanie jest konkretne: mają pochwycić jednego z finansistów Husajna. Amerykanie robią desant na szybkich linach. Oni -- lądują w pobli¬żu obiektu, chwilę odczekują i ruszają do przodu. Wszystko jest niby bardzo proste: najpierw muszą unieszkodli¬wić wartowników, potem przekro¬czyć główną bramę i zaatakować przez ścianę w budynku. Plan realizowany jest bez najmniejszego proble¬mu, bez jakiegokolwiek potknięcia. Przez dziurę w ścianie dostają się do środka obiektu, czyszczą swoje sekto¬ry i opanowują rejon. Po kilku minu¬tach nadjeżdża rzut kołowy piechoty amerykańskiej, który „przejmuje zdo¬bycz". Oni zaś ewakuują się na śmi¬głowcach w bezpieczny rejon...
O zatrzymaniu tego finansisty było głośno. Nikt nie podał jednak, że zro¬bił to GROM - - musi paść uwaga.
A czy jest ważne, kto to zrobił?
Y ucina temat.
Nocą, w hałasie i huku
Bywało różnie. Ale: - Nigdy, w żadnej operacji, nie afiszo¬waliśmy się, że jesteśmy Polakami. Otrzymywaliśmy rozkaz: zneutralizować grupę Z, przejąć K. i przystępowaliśmy do jego wykonania. Wkładaliśmy ciem¬ne ubiory i wchodziliśmy do akcji. Naj¬częściej nocą, w hałasie, huku, dymie i pełnym zamieszaniu. Praktycznie bez słowa. Padały jedynie pojedyncze, krót¬kie komendy po angielsku... Najwięcej operacji przeprowadzili na hummerach. Za każdym razem ich
ko¬lumny były ubezpieczane przez śmigłowce. Wiedzieli też, że Amerykanie gwarantują im pełne wsparcie opera¬cyjne i ogniowe. Oni mieli „tylko" po¬dejść do wskazanego obiektu, prze¬chwycić go i powrócić do bazy.
- No nie, były i takie operacje, kiedy siły konwencjonalne czekały w pogo¬towiu na nasze ewentualne wezwa¬nie. Gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli, stała się niebezpiecz¬na, do akcji natychmiast wkroczyły¬by abramsy, artyleria oraz plutony bądź kompanie zmechanizowane. Wiedzieliśmy, że rejon naszego dzia¬łania osiągną w 15-30 minut. Przez ten czas musielibyśmy jakoś wytrzy¬mać-- relacjonuje kpt. Y.
St. chór. sztab. X wspomina natomiast swoją pierwszą operację: Byliśmy poza macierzystą bazą. Odbezpieczy¬łem broń i poszedłem do przodu. Pil¬nowałem jedynie swojego sektora od¬powiedzialności. Nie interesowało i n nie to, co dzieje się z tyłu. Miałem świadomość, że tam jest kolega i pa¬trzyłem w drugą stronę...
Opowiada pan o tym bez żadnych emocji...
- Bo takich akcji były potem dziesiątki.
- Do głosu doszła więc rutyna?
- Nie było rutyny, bo i nigdy nie zda¬rzały się podobne do siebie operacje. Za każdym razem było gorąco, ale też za każdym razem wiedzieliśmy, gdzie kto jest i na kogo możemy liczyć w ra¬zie zagrożenia.
Niepozorni, niewidoczni, ale...
Niektóre opowieści brzmią jak histo¬rie o Bondzie. Odbicie z irackich rąk terminali naftowych w porcie Umm Kasr jest tematem na sensacyjny film. Operacja przejęcia tamy Mukarayin, położonej 100 km na północny wschód od Bagdadu, aż prosi się
0 bardziej szczegółową relację. Dzie¬siątki, a raczej setki konkretnych de¬santów dokonywanych ze śmigłow¬ców bądź łodzi są niemal niewiarygod¬ne, ale przecież prawdziwe.
Jaka była najtrudniejsza operacja w Iraku?
- Chyba ta, podczas której przejmowa¬liśmy platformy wiertnicze - uważa płk Tadeusz Sapierzyński, dowódca GROM-u.
- Ciągłe sumienne spełnianie obowiąz¬ków służbowych wymaga nie mniej sił
1 uwagi niż czyn bohaterski na to samo pytanie inną odpowiedź znajdu¬je oficer odpowiadający za proces szko¬lenia jednostki.
Jednakże najbardziej zaskakujące jest to, że ci, którzy brali bezpośredni udział w irackich operacjach, niczym się praktycznie nie wyróżniają. Są nie¬pozorni, niemal niewidoczni...
W portrecie psychologicznym żołnierza GROM-u nie mieści się typo¬wy zabijaka. Żaden z nich nie ma 215 cm wzrostu, 120 kg wagi i koń¬skiego karczycha. Są to ludzie skrom¬ni, poważni, dysponujący odpowied¬nią wiedzą. Ale dlatego też podczas każdej robionej przez nas selekcji ze stu kandydatów wyłapujemy jedynie sześciu-siedmiu, którzy odpowiada¬ją naszym wymaganiom przypomi¬na szkoleniowiec.
Kapitan Y inaczej zaś patrzy na boha¬terstwo czy też poświęcenie:
Jestem pełen uznania dla swojej... żony. Została sama, musiała opieko¬wać się dziećmi. A ja robiłem tylko to, co lubię, za co mi płacą...
- Roman Przeciszewski