Poproszono mnie o odczucia po katorżniku, to i wrzucę je tutaj.
XV edycja Biegu Katorżnika była moim drugim startem,więc mniej więcej wiedziałem czego się spodziewać. Mniej więcej, bo organizatorzy dbają o to, by pomimo tego samego miejsca nie wkradła się tam monotonia. Na linię startu przybyłem jak zwykle spóźniony, więc nie było zbyt wiele czasu na analizę tego co za chwilę miało się wydarzyć. Jednak na twarzach co niektórych osób dało się zauważyć strach i niepewność. Nic dziwnego, nie jest to typowy bieg. W sumie, to z biegiem za wiele nie ma wspólnego. Bardziej trzeba pracować głową. Pierwszy etap to woda. Z linii startu ruszyłem razem z kolegą, który zapisał się w ostatniej chwili i dalej nie wiedział czy dobrze zrobił, jednak padł strzał, ekipa ruszyła, nie było odwrotu. Długi przemarsz wodą, przez trzciny z niezliczoną ilością ziarenek piasku w butach dobiegł końca. Trochę suchej nawierzchni i znowu woda. Potem przemarsz rowem wodnym, w którym pojawiło się pierwsze błoto i przeszkody w postaci, drzew i mostów. Trasa w większości składała się z takiej wymiany wody i błota, czasem trochę łąki lub lasu. Naprawdę tylko czasem. Wszystko szło zbyt dobrze i los postanowił mam utrudnić ten mimo wszystko już trudny bieg. Koledze zaczęła odklejać się podeszwa od prawego buta. Było to na ok 3 km trasy. Pytanie uczestników o taśmę kończyło się fiaskiem. Osoby postawione na trasie przez organizatora również nie były w stanie pomóc. No tak. Katorżnik, czyli jak się przygotujesz, tak sobie później musisz radzić. Trochę mojej w tym winy było, bo na pytanie 'co mam wziąć?' odpisałem, że takie rzeczy, które potem wyrzucisz do kosza. To i but z niepewną podłogą się znalazł. Próba utrzymania go z resztą trzewika za pomocą taśmy została szybko zweryfikowana przez naturę. Taśmę pochłonęło błoto, w którym nogi tkwiły po same pachwiny (nie, wcale nie mam 160 cm wzrostu). Dlatego od ok 4, może 5 km zaczęła się próba charakteru, ponieważ podeszwa całkowicie odpadła i została gdzieś na trasie. Perspektywa reszty drogi w skarpetce nie uśmiechała się za bardzo. No ale poddać się też głupio. Przecież na mecie czeka wyjątkowa nagroda. Ciężka podkowa - medal za ukończenie biegu. Rowy błotne były bogate w konary, dlatego szedłem pierwszy, żeby zbadać teren. Wyczekiwane momenty przejścia jeziorem dawały chwilową ulgę, żeby potem znowu poczuć interakcję z błotem. Czas wcale nie mijał nieubłaganie. Mieliśmy sporo czasu na rozmowę przy podniesionym tętnie. Na pytania 'ile jeszcze do końca?' wiecznie słyszeliśmy fałszywe odpowiedzi. Głowa znowu musiała pracować na wyższych obrotach i jakoś sobie z tym radzić, że 45 minut wcześniej ktoś powiedział, że za ok 1 km, chwilę przed metą jest punkt z wodą. Postój był, ale 1.5 h dalej. Tam otrzymaliśmy napój izotoniczny i budyń czekoladowy. To był najlepszy budyń na świecie! Dodał trochę energii na jeszcze wcale nie końcową trasę. Tu było więcej terenu leśnego, ale brak buta nie pozwalał nawet na truchtanie, dlatego dzielnie szliśmy dalej. Znowu błoto i to taka ilość, że postawienie dwóch szybkich kroków graniczyło z cudem. Nagle słychać było coraz to wyraźniej dźwięk mety. Duży płotek przypomniał mi, że tak właśnie kończy się trasa i tuż za rogiem będzie ostatni podbieg po kamieniach. Schody w dół, kilka przeszkód, 'molo' i meta. Tak, daliśmy radę. W trzech butach! Dwie podkowy. Mission complete. Test charakteru Adama zaliczony! Po drodze wiele osób próbowało Nas pobudzić do biegu, ale jak tylko zobaczyli nogę bez buta, to zostawiali szacunek i biegli/szli dalej. Całość zajęła Nam niespełna 5 h. W zeszłym roku dobrze się ustawiłem na starcie i bieg zakończyłem z czasem 2:37, ale wydaje mi się, że wtedy też było więcej biegania. Katorżnik to bieg, który upadla, katuje i miesza z błotem. To prawda, ale przede wszystkim kształtuje charakter. Nie ważne, czy będziesz pierwszy, czy ostatni. Pokonaj go, a pokonasz swoje słabości. W zeszłym roku mówiłem, że byłem, zaliczyłem i raczej nie wracam, że wystarczy.. Wróciłem i wcale nie mogę być pewny, czy za rok nie zrobię tego ponownie :)

XV edycja Biegu Katorżnika była moim drugim startem,więc mniej więcej wiedziałem czego się spodziewać. Mniej więcej, bo organizatorzy dbają o to, by pomimo tego samego miejsca nie wkradła się tam monotonia. Na linię startu przybyłem jak zwykle spóźniony, więc nie było zbyt wiele czasu na analizę tego co za chwilę miało się wydarzyć. Jednak na twarzach co niektórych osób dało się zauważyć strach i niepewność. Nic dziwnego, nie jest to typowy bieg. W sumie, to z biegiem za wiele nie ma wspólnego. Bardziej trzeba pracować głową. Pierwszy etap to woda. Z linii startu ruszyłem razem z kolegą, który zapisał się w ostatniej chwili i dalej nie wiedział czy dobrze zrobił, jednak padł strzał, ekipa ruszyła, nie było odwrotu. Długi przemarsz wodą, przez trzciny z niezliczoną ilością ziarenek piasku w butach dobiegł końca. Trochę suchej nawierzchni i znowu woda. Potem przemarsz rowem wodnym, w którym pojawiło się pierwsze błoto i przeszkody w postaci, drzew i mostów. Trasa w większości składała się z takiej wymiany wody i błota, czasem trochę łąki lub lasu. Naprawdę tylko czasem. Wszystko szło zbyt dobrze i los postanowił mam utrudnić ten mimo wszystko już trudny bieg. Koledze zaczęła odklejać się podeszwa od prawego buta. Było to na ok 3 km trasy. Pytanie uczestników o taśmę kończyło się fiaskiem. Osoby postawione na trasie przez organizatora również nie były w stanie pomóc. No tak. Katorżnik, czyli jak się przygotujesz, tak sobie później musisz radzić. Trochę mojej w tym winy było, bo na pytanie 'co mam wziąć?' odpisałem, że takie rzeczy, które potem wyrzucisz do kosza. To i but z niepewną podłogą się znalazł. Próba utrzymania go z resztą trzewika za pomocą taśmy została szybko zweryfikowana przez naturę. Taśmę pochłonęło błoto, w którym nogi tkwiły po same pachwiny (nie, wcale nie mam 160 cm wzrostu). Dlatego od ok 4, może 5 km zaczęła się próba charakteru, ponieważ podeszwa całkowicie odpadła i została gdzieś na trasie. Perspektywa reszty drogi w skarpetce nie uśmiechała się za bardzo. No ale poddać się też głupio. Przecież na mecie czeka wyjątkowa nagroda. Ciężka podkowa - medal za ukończenie biegu. Rowy błotne były bogate w konary, dlatego szedłem pierwszy, żeby zbadać teren. Wyczekiwane momenty przejścia jeziorem dawały chwilową ulgę, żeby potem znowu poczuć interakcję z błotem. Czas wcale nie mijał nieubłaganie. Mieliśmy sporo czasu na rozmowę przy podniesionym tętnie. Na pytania 'ile jeszcze do końca?' wiecznie słyszeliśmy fałszywe odpowiedzi. Głowa znowu musiała pracować na wyższych obrotach i jakoś sobie z tym radzić, że 45 minut wcześniej ktoś powiedział, że za ok 1 km, chwilę przed metą jest punkt z wodą. Postój był, ale 1.5 h dalej. Tam otrzymaliśmy napój izotoniczny i budyń czekoladowy. To był najlepszy budyń na świecie! Dodał trochę energii na jeszcze wcale nie końcową trasę. Tu było więcej terenu leśnego, ale brak buta nie pozwalał nawet na truchtanie, dlatego dzielnie szliśmy dalej. Znowu błoto i to taka ilość, że postawienie dwóch szybkich kroków graniczyło z cudem. Nagle słychać było coraz to wyraźniej dźwięk mety. Duży płotek przypomniał mi, że tak właśnie kończy się trasa i tuż za rogiem będzie ostatni podbieg po kamieniach. Schody w dół, kilka przeszkód, 'molo' i meta. Tak, daliśmy radę. W trzech butach! Dwie podkowy. Mission complete. Test charakteru Adama zaliczony! Po drodze wiele osób próbowało Nas pobudzić do biegu, ale jak tylko zobaczyli nogę bez buta, to zostawiali szacunek i biegli/szli dalej. Całość zajęła Nam niespełna 5 h. W zeszłym roku dobrze się ustawiłem na starcie i bieg zakończyłem z czasem 2:37, ale wydaje mi się, że wtedy też było więcej biegania. Katorżnik to bieg, który upadla, katuje i miesza z błotem. To prawda, ale przede wszystkim kształtuje charakter. Nie ważne, czy będziesz pierwszy, czy ostatni. Pokonaj go, a pokonasz swoje słabości. W zeszłym roku mówiłem, że byłem, zaliczyłem i raczej nie wracam, że wystarczy.. Wróciłem i wcale nie mogę być pewny, czy za rok nie zrobię tego ponownie :)






