10-13.10
Założę się, że nikt nie przeczyta.

Tak jak pisałem wcześniej w weekend jechałem do Warszawy na szkolenia, więc nie bardzo był czas na siedzenie przed kompem. Jeżeli chodzi o szkolenia same w sobie mam kilka przemyśleń, zarówno o poziomie szkoleń samych w sobie jak i poziomie polskich trenerów personalnych. Nie będę pisał tu jaka to szkoła, bo na sfd się nie reklamują, a nie chcę tu ryzykować jakimiś nieprzyjemnościami. W każdym razie – szkolenia były dwa, pierwsze – FMS, na wysokim poziomie, pierwszy raz od dawna nauczyłem się czegoś nowego, a nie zdobyłem tylko papierek. I co ciekawe, na takim szkoleniu, które przeprowadza niewiele placówek, chyba żadna w tak atrakcyjnej cenie, liczba osób biorących udział była równa liczbie osób owo szkolenie przeprowadzających– aż dwie, gdzie na szkoleniach typu „Dieta i suple”, których mamy na pęczki sale są zawsze przepełnione. Ciekaw jestem z czego to wynika, czy z marketingowego punktu widzenia owo szkolenie brzmi nieatrakcyjnie, czy istnieje tu jakiś inny powód. Drugie - Trening osób bardzo otyłych, temat w którym myślę, że mogę uważać się za osobę dość kompetentną i mam podstawy do oceny poziomu nie tylko od strony organizacji, ale i poziomu przekazywanej wiedzy, który niestety był baaardzo niski, zaryzykuję stwierdzenie, że to najgorsze szkolenie na jakim byłem. Osoba prowadząca – trener z kilkuletnim doświadczeniem, więc mogłoby się wydawać, że posiada solidne podstawy wiedzy, niestety owej wiedzy nie aktualizował chyba od początku kariery i przekazywana przez niego treść niewiele wspólnego miała z rzeczywistością, a kwiatków typu „beztlenowy trening aerobowy” można było się doszukać w każdym omawianym podpunkcie prezentacji. Najciekawsze było stwierdzenie, że jedna bułka, zjedzona PO 2 MIESIĄCACH diety cofa efekty o 3 dni.

A teraz nieco o poziomie osób uczestniczących w szkoleniu, było nas 8 osób, z czego tylko jedna osoba była „z ulicy” reszta jak deklarowali to trenerzy personalni, no i co taki trener personalny potrafi zrobić na siłowni? A no okazuje się, że nic.

Wykonywaliśmy zestaw 20 może 25 ćwiczeń, jako że ukierunkowanych na osoby z otyłością uniemożliwiającą normalne funkcjonowanie, były to ćwiczenia bardzo proste – zarzutów i tym podobnych nikt nie wymagał, jednak i one dla większości okazały się za trudne, bez poprawy techniki nikt nie wykonał prawidłowo więcej niż połowy ćwiczeń, więc ciekawi mnie kto dał takim ludziom uprawnienia do pracy z innymi.
Trening:
Na pierwszym szkoleniu dużo ćwiczeń stabilizujących na piłkach, wałkach itp., niby lekko a brzuch mam tak skatowany, że nie mogę napiąć. Na drugim małe ciężary więc jako trening tego nawet bym nie zaliczał.
Dieta:
Micha w czwartek oczywiście trzymana, schody zaczęły się w piątek. O ile
pierwszy posiłek przyzwoity – spaghetti z ciemnym makaronem, to dalej już kolorowo nie było, wieczorem z parą u której nocowałem wybraliśmy się na mecz do znajomych, co przy okazji było spotkaniem typu „Ugotowani”, czyli każdy przygotował jakieś danie i następnie wystawialiśmy sobie noty, ja oczywiście nie gotowałem bo nie miałem jak, ale nie przeszkodziło mi to w jedzeniu największych porcji ze wszystkich, a że potraw było 7 to najadłem się za wszystkie czasy.

Dania były różne, ale nic do michy się nie nadawało – od parówek w cieście francuskim po pizzę czy sernik na zimno, od węgli byłem tak napuchnięty, że nie mogłem zdjąć obrączki z palca, gdzie zazwyczaj schodzi bardzo lekko. Dodatkowo oczywiście alko, ale ilości niewielkie – 4 piwa + 3 lechy free, jako że trzeba było wstać po 7 na szkolenie.
Sobota podobnie jak piątek zaczęła się ok. – między szkoleniami miałem 2h przerwy, więc byłem na obiedzie u klienta, więc zjadłem to co akurat wypadało mu w rozpisce – karkówka z warzywami. Kolejny posiłek po skończeniu szkolenia – około 21, byłem mega głodny więc w lidlu do koszyka pakowałem co popadnie – Lazanię, gulasz angielski, sałatki (te ala Lisner), lody. Tak jak pisałem wyżej na szkoleniu nr 1 było nas tylko dwóch, więc materiał przerobiliśmy w jeden nie dwa dni - niedzielę miałem wolną i pozwoliłem sobie na nieco więcej alko, ale też nie przesadnie – niecałe 4 piwa i 0,7 łychy na dwie osoby, kładliśmy się około 3, wstałem po 10 z doskonałym samopoczuciem, więc przesady tu nie było. W niedzielę na śniadanie dokończyliśmy lidlowe zakupy z dnia poprzedniego, kolejny posiłek już podczas postoju autobusu, około 18, kanapki i hot dog z CPNu . Jako że mieliśmy z Elą miesięcznicę ślubu wypiłem trochę szampana, ale już bez podjadania. W lustrze większego uszczerbku na sylwetce nie widzę, mięśnie bardziej pełne, więc mimo przesady weekend wyszedł na + .