Widzę, że w temacie zrobił się w pewnym momencie swoisty folwark próżności z cyklu „Kto więcej kasy jest w stanie przewalić na suple”
Cóż, życzę powodzenia tym, którzy inwestują w suple grube tysiące oraz tym, którzy wydają wszystko to, co wydać mogą, bo… i tak „jest to zbyt mało, by odkładać”. W tym miejscu przed mymi oczyma staje niedawno opisany przykłada Agaty Wróbel. Dziewczyna na
brak kasy nie narzekała, ale wolała ja wydawać, niż odkładać, przy czym sensownego dla tego uzasadnienie podać nie potrafiła. Obecnie segreguje w Anglii odpady i ciekaw jestem, czy wyniosła dzięki temu jakąś naukę z życia. Jeśli w jej przypadku jest już na to za późno, to może przynajmniej do niektórych z Was ten przykład trafi. Swoją droga dawno nie słyszałem bardziej bzdurnego wywodu, niż ten, że się nic nie odkłada, bo i tak jest tego mało. Lepiej wydać to na suple…
Jaaaasne

.
Wracając do meritum, nie pisałem nigdzie, że nie warto całkiem rezygnować z suplementacji. Powtórzę, iż chodzi mi o to, by nie nabijać bezmyślnie kasy producentom supli. Są pewne niezbędne podstawy w suplementacji, mające na celu uzupełnienie braków w diecie i takowe przyniosą korzyść praktycznie każdemu. Wynalazki typu kretyny też mają szeroko potwierdzone działanie. Jednak parcie na wszelkie nowości i tworzenie list kilkunastu „absolutnie niezbędnych” preparatów, bez których praktycznie nie warto ruszać się na siłownię, jest drogą donikąd. Taki tok rozumowaniem jestem w stanie uznać za w miarę racjonalny w przypadku osobników, którzy:
a) naprawdę nie mają już na co wydawać kasy, a są tacy
b) zdołali już zbudować ogromną masę mięśniową, taką, której organizm nawet przy pomocy racjonalnej diety nie jest już w stanie utrzymać. Tu jest już bowiem kwestia wyboru: jeśli chcesz prowadzić życie brojlera bezustannie kalkującego jak przetrwać kolejny dzień utrzymując swą masę, to drogą wolna. Jak dla mnie, takie rozterki powinny dotykać tylko osobników startujących, bo w takim przypadku jest to naturalna konsekwencją dążenia do jasno wytyczonego celu. Jeśli bawią się w to amatorscy "niewolnicy własnych mięśni", to myślę, że tak naprawdę są przegranymi. Sorry, jeśli kogoś uraziłem, każdy ma prawo do własnych wyborów. Jest to jedynie moja własna opinia i mogę się mylić, niemniej nie mam zamiaru udawać uwielbienia dla zjawiska, które jest moich oczach karykaturalne. Przypomina mi to walkę starzejących się kobiet z upływem czasu, poprzez wstrzykiwanie zastrzyków kolagenowych i coraz bardziej wyszukane operacji plastyczne.
Reasumując: ćwiczenia, racjonalne odżywianie i podstawowe suple z pewnością nikomu nie zaszkodzą, a już z pewnością tym, których na to stać. Niektórzy z nas nie mają jednak żadnych szans na zostanie „Arnoldami” i chyba lepiej poobserwować swój organizm, w oparciu o te obserwacje wytyczyć realne cele i po prostu pracować nad postępami na jakie dany organizm stać – nie wywalając grubej kasy w błoto -, niż liczyć, że tony rozreklamowanej na wszelkie sposoby chemii, w większości absolutnie niewspółmiernie nieskutecznej w stosunku do ceny, zdziałają za nas cuda.
To co napisałem, zawiera się juz zresztą w wypowiedziach takich jak ta:
faftaq:
Axel, co do Twojej pierwszej refleksji, to choć jest ona spójna logicznie, to wymaga usćiślenia. Po pierwsze nie każda odżywka w przeliczeniu na 30g białka (czyli ok 40-gramową porcje) wychodzi tak tanio. Po drugie moim zdaniem srednio 30g białka pochodzenia naturalnego, z produktów takich jak piers z kurczaka, tuńczyk, ser, kosztuje zdecydowanie poniżej 2zł, dla przykładu 200g twarogu, który kupuję kosztuje 2zł, zawiera ponad 20g białka/100g, a więc za 1.5zł mamy 30g białka (pomysl ile kosztuje kazeina) podobnie jajka, 35gr za sztukę, 4 sztuki = 30g białka, koszt -> 1.4zł> jedynie przelicznik piersi z kurczaka bije 2zł, ale ja osobiscie kupuje 100g za niecałe 1.2zł. Przy kwotach rzędu 2 - 3zł, to wydaje się mała róznica, ale przy kwotach 100 - 1000zł, ta róznica jest zdecydowanie dostrzegalna. Druga rzecz, że w/w produkty, oprócz białka, zawierają szereg innych związków niezbędnych dla funkcjonowania organizm ludzkiego, co stawia je wyżej w hierarchi ważności nad zamiennikami w postaci odżywek, które po prostu powinny byc stosowane "od biedy", gdy nie możemy dostarczyć normalnego pożywienia - i warto o tym pamiętać (okresem wyjątkowym jest czas okołotreningowy, kiedy faktycznie odżywka moze byc lepsza niz tradycyjny posiłek).
Co do drugiej refleksji - masz rację, uważam że abstynencja ma swoje uzasadnienie, nie jest to idiotyzmem, o ile jest kwestią świadomego wyboru. Choć nie jestem autorem przytoczonego przez Ciebie poglądu, to wydaje mi się, że chodziło tu o panikarzy, którzy boją się jednego piwa w obawie o masę mięśniową, że zaraz "spadnie" "zjedzie", co nie ma uzasadnienia w faktach, jest idiotycznym przekonaniem bez pokrycia.
Trzecia refleksja. Wiesz, opcji moze byc wiele, osobiscie kiedys jadem więcej supli niż teraz, a przyrosty miałem mniejsze, kupowałem pełno jakiegos badziewia typu glutaminy, hmb, l-carnintyny i wierzyłem, że to przyniesie efekt. Teraz jestem minimalistą, wiem z własnego doswiadczenia jak i doświadczenia innych oraz wyników badan, co działa co nie, a działa naprawdę niewiele z tego co nam wciskają. Znawca supli wcale nie musi wcinac puszke animal paka dziennie by wiedziec coś na ten temat, być moze już ten etap ma za sobą, teraz doradza innym. Czasem magnez wystarcza.
PS. SOG’acze poszły na konta tych, którzy dorzucili coś od siebie do tematu. Dzięki za wypowiedzi, wygląda na to, że skończyło się happy-endem

.
Zmieniony przez - Hardened w dniu 2007-02-14 13:12:42