Na zachodnim rynku już się nie utrzymałem. Gdybym się utrzymał - chyba jasne, że nie przyjeżdżałbym z powrotem. Do polskiej ligi wnoszę tyle, ile potrafię - mówi piłkarz Lecha, 70-krotny reprezentant Polski Piotr Świerczewski.
Jacek Sarzało: Dlaczego po powrocie z zagranicy tak niewiele Pan pokazał w polskiej lidze?
Piotr Świerczewski: No tak, ale ktoś inny mógłby zapytać: co pan takiego wniósł do drużyny, że ona dużo lepiej gra.
Czyli z moją tezą się Pan nie zgadza?
- Pan może mówić, co chce. Ja też mogę mówić, co chcę, nie?
Właśnie chciałbym, żeby Pan mówił, co Pan chce
- Najlepsi zawsze wyjeżdżają i to zawsze obniża poziom naszej piłki. A wracają, kiedy sami są już słabsi, więc dlaczego mieliby ten poziom nagle podnosić.
Pan chyba do nich należy, prawda?
- Owszem, wróciłem, bo na zachodnim rynku już się nie utrzymałem. Gdybym się utrzymał - chyba jasne, że nie przyjeżdżałbym z powrotem. Do polskiej ligi wnoszę tyle, ile potrafię. Pan twierdzi, że mało, ja mogę twierdzić, że dużo, bo moja drużyna zdobyła Puchar Polski i spokojnie utrzymała się w lidze, a jakiś kibic może stwierdzić, że w ogóle nie widzi beze mnie Lecha.
Ale nie zaprzeczy Pan, że trafił do słabej drużyny?
- Trafiłem do średniej drużyny. Nie jest to Wisła Kraków, nie oszukujmy się. I finansowo, i personalnie.
Niech Pan jeszcze powie, że na Pańskiej pozycji trudno błysnąć
- A kto powiedział, że jestem gorszy np. od Mirka Szymkowiaka? On w Lechu Poznań już tak łatwo by sobie nie pograł, jak grał w Wiśle. To mój dobry kolega, nie podważam jego umiejętności, wydaje mi się, że jest najlepszym polskim pomocnikiem, ale w Krakowie miał wokół siebie reprezentantów Polski. W zespole z czuba tabeli gra się o wiele łatwiej. Myśli pan, że Tomek Frankowski w Lechu też byłby królem strzelców?
To, jeżeli jesteśmy przy napastnikach, we własnym zespole ma Pan przykład piłkarza, który też wrócił z zagranicy i jednak jakoś to wszystko ciągnie, strzela bramki, widać go. Mówię o Piotrze Reissie.
- W ostatnim sezonie tych bramek strzelił sześć. To niewiele, tak mi się wydaje.
To jacy piłkarze wracają do Polski? Dobrzy czy słabi?
- Tacy, którzy albo nie mają już pracy za granicą, albo mają już tej zagranicy dosyć. Ja byłem na Zachodzie dziesięć lat i uznałem, że wystarczy. Mam już 33 lata i nie zamierzam długo grać. Może jeszcze rok, góra dwa lata... I tak chyba jestem jednym z niewielu Polaków, który utrzymał się za granicą tak długo. Rozegrałem tam około 300 meczów. Nie trzy mecze w sezonie, ale po 30.
To skąd wziął się ten Lech?
- Przed przyjściem rozmawiałem z działaczami Lecha. Była mowa, że wejdzie do klubu pan Kulczyk, że drużyna się bardzo wzmocni, że przyjdą nazwiska. Stadion był w budowie. Widziałem nowe perspektywy przed sobą i klubem i pomyślałem, że mogę pomóc tej drużynie.
I co?
- I chyba pomogłem, nie?
A ściągnięcie ostatnio Tomasza Iwana to też pomoc dla Lecha?
- Albo pan się nie zna na piłce, albo to jest taka głupia rozmowa. Przecież Tomek Iwan ma 34 lata. Czy pan myśli, że będzie grał do czterdziestki? Tomek przyjeżdża na ostatni rok, no, może pogra jeszcze dwa lata. Według mnie umiejętności pozwolą mu spokojnie pograć w polskiej lidze, która według mnie jest słaba.
To dlaczego powracający z zagranicy wcale jej nie wzbogacają
- Ależ wzbogacamy! Wydaje mi się, że wnosimy do zespołów więcej niż niejeden, który gra tu długo.
Czyli polska liga jest jeszcze słabsza od Pana?
- Nie mówię, że wszyscy grający w Polsce są słabi. Są i dobrzy, i bardzo dobrzy. I zasługujący na wyjazd za granicę też są. Ale generalnie nie możemy się równać z najlepszymi.
Myślałem, że będzie się Pan tłumaczył pozycją na boisku, na której trudno się pokazać
- Ja mam bardzo fajną pozycję. Kiedyś jakaś głupia dziennikarka zadała mi takie pytanie: czemu bramkarz nie rzuci panu piłki, pan przedryluje pięciu i strzeli gola albo poda Reissowi? Odpowiedziałem jej, że nie o to chodzi. Gra się jedenastu na jedenastu. Jest układ taktyczny, jest rozgrywanie piłki, jest celność podań, jest pomysł na grę.
Pan ma ten pomysł?
- Widzi pan, to jest niewymierne. Możemy zmierzyć, czy ja jestem szybszy, czy ktoś inny. Ale nie zmierzymy, jaki on ma pomysł na grę, a jaki ja. Jak ja przyspieszam długim podaniem, a jak on. Uważam, że przychodząc do Lecha, sprzedałem tej drużynie nie tylko umiejętności, ale i pomysł na grę, doświadczenie.
No dobrze, ale niedaleko Poznania, we Wronkach, gra Jacek Dembiński. Jeszcze starszy od Pana. I widać, że on trzyma ten zespół, prowadzi grę, jest po prostu świetny.
- Zgadzam się. Jacek gra, strzela bramki. Ale co pan ma na myśli, mówiąc, że prowadzi drużynę?
To też jest niemierzalne. To widać.
- A skąd pan wie, że ja nie prowadzę drużyny? Uważa pan, że mnie nie widać?
Nie tak jak jego.
- To jest pańskie zdanie.
A poradziłby sobie Pan w Wiśle Kraków?
- Myślę, że bym sobie spokojnie poradził. W każdej drużynie w Polsce bym sobie poradził.
A w reprezentacji?
- Będę chciał się dobrze przygotować do sezonu i po prostu grać dobrze. Tak jak grałem, nie? Także wie pan, jeżeli reprezentacja ma być dla najlepszych, to może mnie też się uda.
Piotr Świerczewski
33 lata, wicemistrz olimpijski z Barcelony, zdobywca Pucharu Polski (2 razy z GKS Katowice, raz z Lechem Poznań). W polskiej ekstraklasie rozegrał 131 meczów, strzelił 5 goli. W ligach zagranicznych (Francja - St. Etienne, Bastia, Olympique Marsylia, Japonia - Gamba Osaka, Anglia - Birmingham) wystąpił w 294 spotkaniach, zdobył 18 goli. W reprezentacji Polski wystąpił 70 razy (1 bramka).
Legia powtórzyła swój największy grzech w ostatnich latach - była nieskuteczna. Arka potwierdziła, że w ekstraklasie będzie się przede wszystkim bronić. Murowanie bramki przyniosło tym razem efekt, bo remis w Gdyni to porażka Legii
Trener Arki Mirosław Dragan, który w II lidze błyszczał rozpracowaniem rywali, i dyrektor klubu Wojciech Wąsikiewicz, który oglądał Legię w meczu z Bayerem Leverkusen, mieli optymalnie przygotować zespół na prestiżową inaugurację. Oto, co powiedzieli swoim piłkarzom i jak się to sprawdziło w rzeczywistości.
Obserwacja Arki: Legia, po odejściu Marka Saganowskiego, ma być zespołem mniej groźnym w ataku. Jego następcą ma zostać Marcin Klatt z Kujawiaka Włocławek.
Rzeczywistość Legii: Drużyna z Warszawy przez niemal godzinę grała w przewadze, ale nic z tego nie wynikało. Legia zrezygnowała z gry jednym napastnikiem i partnerem Klatta w ataku był skuteczny w sparingach Piotr Włodarczyk. Nie błyszczał, już na rozgrzewce strzelał kilka metrów nad poprzeczką, a w meczu w ogóle nie dochodził do sytuacji bramkowych. Aktywniejszy był Klatt, który tuż przed przerwą miał idealną okazję. Obrońcy Arki źle się ustawili i napastnik Legii był sam na sam z Michałem Chamerą. Miał mnóstwo czasu, mógł zrobić, co chciał i wybrał najgorszą rzecz z możliwych. Przestraszył się szansy, strzelił z zamkniętymi oczami i piłka przeleciała obok słupka. Lepszej sytuacji może nie mieć w całym sezonie... Klatta czeka ciężka przeprawa w ekstraklasie. Choć ma dobre
warunki fizyczne, często odbijał się od obrońców Arki. Zwłaszcza od starszego o 14 lat Piotra Jawnego, który imponował spokojem i trzymał obronę Arki.
Obserwacja Arki: Duży wpływ na grę ofensywną Legii mają mieć boczni pomocnicy, zwłaszcza Bartosz Karwan.
Rzeczywistość Legii: Karwan, który najczęściej gra z prawej strony, tym razem zaczął w środku pomocy (jego miejsce na boku zajął przebojowy, choć tylko do przerwy, Sebastian Szałachowski). Grał dobrze, wiele groźnych akcji zaczynało się od niego, Karwan podawał dokładnie, zwłaszcza lewą nogą. Był aktywny zarówno w środku pola, jak i w ataku. Dośrodkowywał, strzelał z woleja, główkował. Nie miał jednak wsparcia w ofensywie.
Obserwacja Arki: Boczni obrońcy Legii - Tomasz Sokołowski II i Tomasz Kiełbowicz, mają często przekraczać środkową linię i włączać się do akcji ofensywnych.
Rzeczywistość Legii: Sokołowski i Kiełbowicz byli aktywni, często biegali koło pola karnego Arki. Ich gra, w porównaniu z bocznymi obrońcami Arki, to poezja. Łukasz Kowalski i Grzegorz Jakosz z Arki ograniczali się do wybijania piłki, w całym meczu przekroczyli połowę może dwa razy. W Legii groźniejszy był Sokołowski, który w końcówce stracił jednak siły. Kiełbowicz przydawał się głównie przy stałych fragmentach gry. Obaj pokazali jednak drużynie z Gdyni, jak się gra w ustawieniu 4-4-2, którego Arka dopiero się uczy.
Obserwacja Arki: Legia zepchnięta do defensywy ma się gubić i popełniać błędy. Ostoją obrony Legii ma być Dickson Choto.
Rzeczywistość Legii: Może i Legia gubi się w obronie, ale Arka nie dała jej możliwości, by się o tym przekonać. Zwłaszcza kiedy w 35. minucie straciła Benjamina Imeha, który kopnął bez piłki Wojciecha Szalę i został wyrzucony z boiska. Arka niemal w ogóle nie atakowała i potwierdziła, że także w ekstraklasie będzie zespołem obrony. Ogromny minus dla defensywy Legii za akcję, w której Grzegorz Pilch trafił w poprzeczkę (jedyna groźna akcja Arki). Przy napastniku gospodarzy stało dwóch obrońców Legii, za chwilę dołączyli kolejni, a mimo to Pilch zdołał przyjąć piłkę, odwrócić się i ładnie strzelić. Pilch wielokrotnie ogrywał Choto, świetnie się zastawiał i im bliżej było końca, tym obrońca Legii stawał się bardziej nerwowy.
Obserwacja Arki: Największym kłopotem Legii ma być 20-letni bramkarz Łukasz Fabiański, następca Artura Boruca.
Rzeczywistość Arki: O tym również nie było szans się przekonać, bo Fabiański nie miał w całym meczu właściwie żadnej interwencji. Żadnego groźnego strzału (przy uderzeniu Pilcha nawet nie drgnął), żadnego dośrodkowania, nic! Jedyne akcje, kiedy musiał łapać piłkę, to zagranie głową jego obrońcy Wojciecha Szali i strzał (choć to zbyt duże słowo, bo piłka turlała się) Grzegorza Nicińskiego. Fabiański często stał osamotniony na 35. metrze i patrzył na nieporadność swoich kolegów.
Borussia Dortmund, drużyna Euzebiusza Smolarka, odpadła z rywalizacji w Pucharze Intertoto. Niemiecki zespół został wyeliminowany przez Sigmę Ołomuniec.
Czesi znaleźli się w IV rundzie dzięki golowi strzelonemu w ubiegłym tygodniu na wyjeździe, drugie spotkanie zakończyło się bowiem bezbramkowym remisem. W Borussii cały mecz rozegrał Smolarek. Polak miał najlepszą okazję do zdobycia bramki z całego zespołu. W 60. minucie spudłował jednak, strzelając głową z 5 metrów.
Awansował za to zespół Jacka Bąka - RC Lens, który pokonał chorwacki Varteks Varażdin 4:1. Polak nie grał.
Trzy najlepsze drużyny z Pucharu Intertoto zagrają w I rundzie Pucharu UEFA.
NEWCASTLE (Anglia) - Dubnica (Słowacja) 2:0 (3:1 w pierwszym meczu)
ŻALGIRIS WILNO (Litwa) - Egaleo (Grecja) 2:3 (3:1)
Slaven Koprivnica (Chorwacja) - DEPORTIVO LA CORUNA (Hiszpania) 0:3 (0:1)
Tampere United (Finlandia) - LAZIO RZYM (Włochy) 1:1 (0:3)
HSV HAMBURG (Niemcy) - Uniao Leiria (Portugalia) 2:0 (1:0)
Slovan Liberec (Czechy) - RODA KERKRADE (Holandia) 1:1 (0:0)
LENS (Francja) - Varteks Varażdin (Chorwacja) 4:1 (1:1)
SIGMA OŁOMUNIEC (Czechy) - Borussia Dortmund (Niemcy) 0:0 (1:1)
WOLFSBURG (Niemcy) - IFK Goeteborg (Szwecja) 2:0 (2:0)
OLYMPIQUE MARSYLIA (Francja) - Young Boys Berno (Szwajcaria) 2:1 (3:2)
VALENCIA (Hiszpania) - Gent (Belgia) 2:0 (0:0)
Niedziela
Saint-Etienne (Francja) - CLUJ (Rumunia) 2:2 (1:1)
Pary IV rundy (27 lipca, 3 sierpnia)
Deportivo - Newcastle
Wolfsburg - Lens
Lazio - Marsylia
Żalgiris - Cluj
Valencia - Roda Kerkrade
Sigma - Hamburg
Obserwacja Arki: Legia, po odejściu Marka Saganowskiego, ma być zespołem mniej groźnym w ataku. Jego następcą ma zostać Marcin Klatt z Kujawiaka Włocławek.
Rzeczywistość Legii: Drużyna z Warszawy przez niemal godzinę grała w przewadze, ale nic z tego nie wynikało. Legia zrezygnowała z gry jednym napastnikiem i partnerem Klatta w ataku był skuteczny w sparingach Piotr Włodarczyk. Nie błyszczał, już na rozgrzewce strzelał kilka metrów nad poprzeczką, a w meczu w ogóle nie dochodził do sytuacji bramkowych. Aktywniejszy był Klatt, który tuż przed przerwą miał idealną okazję. Obrońcy Arki źle się ustawili i napastnik Legii był sam na sam z Michałem Chamerą. Miał mnóstwo czasu, mógł zrobić, co chciał i wybrał najgorszą rzecz z możliwych. Przestraszył się szansy, strzelił z zamkniętymi oczami i piłka przeleciała obok słupka. Lepszej sytuacji może nie mieć w całym sezonie... Klatta czeka ciężka przeprawa w ekstraklasie. Choć ma dobre warunki fizyczne, często odbijał się od obrońców Arki. Zwłaszcza od starszego o 14 lat Piotra Jawnego, który imponował spokojem i trzymał obronę Arki.
Obserwacja Arki: Duży wpływ na grę ofensywną Legii mają mieć boczni pomocnicy, zwłaszcza Bartosz Karwan.
Rzeczywistość Legii: Karwan, który najczęściej gra z prawej strony, tym razem zaczął w środku pomocy (jego miejsce na boku zajął przebojowy, choć tylko do przerwy, Sebastian Szałachowski). Grał dobrze, wiele groźnych akcji zaczynało się od niego, Karwan podawał dokładnie, zwłaszcza lewą nogą. Był aktywny zarówno w środku pola, jak i w ataku. Dośrodkowywał, strzelał z woleja, główkował. Nie miał jednak wsparcia w ofensywie.
Obserwacja Arki: Boczni obrońcy Legii - Tomasz Sokołowski II i Tomasz Kiełbowicz, mają często przekraczać środkową linię i włączać się do akcji ofensywnych.
Rzeczywistość Legii: Sokołowski i Kiełbowicz byli aktywni, często biegali koło pola karnego Arki. Ich gra, w porównaniu z bocznymi obrońcami Arki, to poezja. Łukasz Kowalski i Grzegorz Jakosz z Arki ograniczali się do wybijania piłki, w całym meczu przekroczyli połowę może dwa razy. W Legii groźniejszy był Sokołowski, który w końcówce stracił jednak siły. Kiełbowicz przydawał się głównie przy stałych fragmentach gry. Obaj pokazali jednak drużynie z Gdyni, jak się gra w ustawieniu 4-4-2, którego Arka dopiero się uczy.
Obserwacja Arki: Legia zepchnięta do defensywy ma się gubić i popełniać błędy. Ostoją obrony Legii ma być Dickson Choto.
Rzeczywistość Legii: Może i Legia gubi się w obronie, ale Arka nie dała jej możliwości, by się o tym przekonać. Zwłaszcza kiedy w 35. minucie straciła Benjamina Imeha, który kopnął bez piłki Wojciecha Szalę i został wyrzucony z boiska. Arka niemal w ogóle nie atakowała i potwierdziła, że także w ekstraklasie będzie zespołem obrony. Ogromny minus dla defensywy Legii za akcję, w której Grzegorz Pilch trafił w poprzeczkę (jedyna groźna akcja Arki). Przy napastniku gospodarzy stało dwóch obrońców Legii, za chwilę dołączyli kolejni, a mimo to Pilch zdołał przyjąć piłkę, odwrócić się i ładnie strzelić. Pilch wielokrotnie ogrywał Choto, świetnie się zastawiał i im bliżej było końca, tym obrońca Legii stawał się bardziej nerwowy.
Obserwacja Arki: Największym kłopotem Legii ma być 20-letni bramkarz Łukasz Fabiański, następca Artura Boruca.
Rzeczywistość Arki: O tym również nie było szans się przekonać, bo Fabiański nie miał w całym meczu właściwie żadnej interwencji. Żadnego groźnego strzału (przy uderzeniu Pilcha nawet nie drgnął), żadnego dośrodkowania, nic! Jedyne akcje, kiedy musiał łapać piłkę, to zagranie głową jego obrońcy Wojciecha Szali i strzał (choć to zbyt duże słowo, bo piłka turlała się) Grzegorza Nicińskiego. Fabiański często stał osamotniony na 35. metrze i patrzył na nieporadność swoich kolegów.