Kilka lat temu wydawało się, że ruch ciałopozytywności naprawdę zmieni codzienność — że wreszcie zaczniemy mówić o ciałach bez oceny, porównywania i wykluczenia. W social mediach królowały hasła o samoakceptacji, marki modowe prześcigały się w kampaniach pokazujących różne sylwetki, a wiele osób wierzyło, że to zwrot w dobrą stronę. Dziś ta narracja prawie zniknęła. Nagle wróciliśmy do starego porządku, w którym szczupłość jest wyznacznikiem kontroli, „ogarnięcia życia” i społecznej akceptacji. To, co miało być nowym otwarciem, stało się jedynie etapem.
Ruch, który miał naprawić system
Pierwotnie ciałopozytywność dotyczyła praw — dostępu do przestrzeni, odzieży, opieki zdrowotnej i równego traktowania osób, których ciała odbiegały od dominujących norm. Z czasem jednak idea została przeniesiona do reklam i social mediów, gdzie straciła swój ciężar. To, co miało być ruchem społecznym, stało się trendem estetycznym. Ludzie chętnie deklarowali akceptację, ale kiedy kampania się kończyła, wracały stare nawyki i ten sam kult szczupłości, tylko ubrane w bardziej miękkie słowa.
W modzie przez chwilę było widać większą różnorodność — kilka sezonów, trochę szerszych rozmiarów, odważniejsze castingi. Szybko jednak okazało się, że dla wielu marek to nie była żadna rewolucja, tylko element strategii marketingowej.
Zrozumienie przyszło, gdy jedne z najbardziej inkluzywnych firm zaczęły ponownie zwężać rozmiarówkę, a w kampaniach znów dominowały te same 2–3 typy sylwetek. Rosnące koszty, presja sprzedażowa i powrót do „bezpiecznych” standardów zrobiły swoje. Różnorodność ciał okazała się świetnym hasłem — ale trudnym modelem biznesowym.

Dlaczego szczupłość znów stała się „pożądana”
Zmiana klimatu politycznego miała na to większy wpływ, niż może się wydawać. W czasach, gdy rośnie znaczenie narracji konserwatywnych i prawicowych, w kulturze zaczynają dominować wartości związane z dyscypliną, hierarchią i kontrolą. Ciało staje się symbolem: szczupłe — znaczy silne, zorganizowane, odpowiedzialne. Grubsze — leniwe, „nieogarnięte”, niedoskonałe. To oczywiście krzywdząca i nienaukowa perspektywa, ale niezwykle chwytliwa społecznie.
W takiej narracji masa ciała przestaje być kwestią zdrowia, a staje się testem moralności. To dlatego ideał szczupłości wrócił tak szybko — ktoś, kto panuje nad swoim wyglądem, ma być rzekomo lepszym, bardziej zdyscyplinowanym obywatelem.
Obietnica natychmiastowej zmiany, która ma swoją cenę
Do tego wszystkiego dochodzi era leków GLP-1. Semaglutyd — znany szeroko jako Ozempic — miał być narzędziem leczenia chorób metabolicznych. Tymczasem został wciągnięty w kulturę natychmiastowych efektów. Mnóstwo osób zaczęło po niego sięgać bez wskazań, ignorując ryzyko zdrowotne i fakt, że nie jest to lek „na wygląd”. Zadziałał prosty mechanizm: skoro można spektakularnie schudnąć w kilka miesięcy, presja na szczupłość wróciła ze zdwojoną siłą.
Lek niesie realne ryzyko, ale o tym mówi się mniej

U wielu osób powoduje znaczną utrata masy mięśniowej, co prowadzi do gorszej siły, większej kruchości i szybszego starzenia biologicznego. Wiąże się również z utrata jędrności ciała — szczególnie gdy spadek wagi jest gwałtowny, a skóra nie ma czasu na adaptację. To nie tylko problem estetyczny — to również czynnik pogarszający zdrowie metaboliczne i funkcjonalne.
Do tego dochodzą nudności, problemy trawienne, ryzyko zaburzeń odżywiania i psychiczne uzależnienie od efektów. Wielu ludzi po prostu nie bierze tego pod uwagę. Najpierw jest efekt, dopiero później refleksja, że ciało nie pracuje już tak jak wcześniej.
Jedzenie intuicyjne - kolejna bzdura
W kontrze do diet pojawił się drugi trend — jedzenie intuicyjne. Brzmi pięknie: słucham głodu, jem to, co czuję, przestaję, gdy jestem syty. W praktyce jednak działa to tylko u niewielkiej części osób. Większość interpretuje intuicję jako apetyt, a nie jako fizjologiczną potrzebę.
Problem polega na tym, że współczesny człowiek praktycznie zawsze ma ochotę na jedzenie — to wynik przesyconego bodźcami środowiska, stresu, braku snu, dostępności wysokokalorycznych produktów. Intuicja podpowiada, żeby jeść, bo mózg kocha nagrody. A gdy jedzenie dostarcza błyskawicznej przyjemności, granica sytości przesuwa się daleko poza zdrowe ramy.
Efekt? Ludzie jedzą, kiedy chcą i co chcą — w poczuciu, że „słuchają ciała”. A ciało podpowiada najczęściej to, co szybkie, słodkie, tłuste lub po prostu za duże objętościowo. Nic dziwnego, że blisko 50% dorosłych Polaków ma nadwagę, a 20–25% żyje z otyłością. Jeśli intuicyjne jedzenie miałoby działać masowo — nie byłoby takiej epidemii.
Apetyt to nie intuicja! To reakcja biologiczna, którą trzeba rozumieć, a nie ślepo za nią podążać.
Co zostanie po ciałopozytywności? Być może — świadomość
Ciałopozytywność w wersji komercyjnej przeminęła. Ale to nie znaczy, że całe jej przesłanie było złe. Nadal potrzebujemy języka, który nie rani. Nadal potrzebujemy szacunku dla różnych ciał. Ale jeśli chcemy realnej zmiany, trzeba iść dalej: uczyć racjonalnego żywienia, rozumieć sygnały głodu, dbać o zdrowie metaboliczne, nie wyrzucać z rozmowy ruchu i aktywności.
Neutralne podejście do ciała — ani jego idealizowanie, ani demonizowanie — jest znacznie bardziej realistyczne. Nie wymaga „kochania siebie za wszelką cenę” ani udawania, że masa ciała nie ma żadnego znaczenia zdrowotnego. Chodzi o równowagę: ciało to nie projekt artystyczny, ale narzędzie do życia.
Podsumowanie
Jako dietetyk i trener widzę dziś wyraźnie, że ciałopozytywność nie wytrzymała zderzenia z rzeczywistością – marketingiem, presją szczupłości i modą na szybkie efekty. Leki takie jak Ozempic tylko tę presję spotęgowały, bo wiele osób sięga po nie bez wskazań, nie biorąc pod uwagę utraty mięśni czy pogorszenia jędrności ciała. Do tego dochodzi mit jedzenia intuicyjnego, które w praktyce często oznacza podążanie za apetytem, a nie za realną potrzebą, co w środowisku pełnym kalorycznych pokus prowadzi do nadwagi i otyłości.
Dla mnie najważniejsze jest jedno: zdrowie i forma wymagają świadomości, edukacji i konsekwencji, a nie trendów, które zmieniają się co sezon. Ciało ma nam służyć, a nie być projektem do spełniania oczekiwań kultury.
Źródła:
- Once-Weekly Semaglutide in Adults with Overweight or Obesity https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/33567185/
- Appetite control and energy balance: impact of exercise https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/25614205/

Jedzenie intuicyjne działa, jeśli ktoś ma idealnie wyregulowany ustrój, mało fatu, odpowiednią regulację głodu i sytości (insulina, grelina, leptyna, AgRP, NPY, CCK,PYY, GLP-1 itd.), regularne posiłki, odpowiednio zbilansowaną dietę. Np. mam takie dni, że gdy zjem 600-700 g makaronu, parę dużych kawałków mięsa zwykłego lub ryby, to nie mam już ochoty na żadne żarcie wieczorem. Tak samo jak pozwolę sobie na pizzę, to tego dnia mogę zjeść już tylko lekką kolację i tyle. Ale taka regulacja u większości ludzi nie działa. Mało tego, nie piję od 2018 r. i wcale mnie nie ciągnie, na dobre udało mi się wyciąć etanol. To też ułatwia kontrolowanie tego, co się je. Co do leków, to zawsze było coś, na co grubasy mogły liczyć, sibutramina, efedryna, adipex (fentermina) i różne pochodne amfetaminy, fenfluramina itd.
Jednak ciałopozytywność się sprzedała dobrze - 3 mln obserwujących https://www.tiktok.com/@jenniferrose1991
Bull - ależ na to się nie da patrzeć bez uczucia obrzydzenia! Pewnie ludzie polecają to innym z powodu zdziwienia, że ktoś może być zadowolonym z takiego wyglądu! (Ale jak ktoś dawno temu powiedział: pieniądz nie śmierdzi.)