Naszła mnie taka myśl:
Załóżmy, że ćwicząca i pilnująca diety osoba robi 500gr czystego mięśnia w miesiącu (nie mówię o skoku na wadze, ale o czystym mięsie), co jest raczej przyzwoitym wynikiem. Przeliczając to na dni, taki osobnik potrzebuje ok. 17gr białka dziennie + ok 80gr na "bieżące wydatki", co razem daje w zaokrągleniu 100gr zwierzęcego białka dziennie.
Co więc daje jedzenie 200-300gr białka dziennie, skoro i tak przeciętny mężczyzna bez "wspomagania" nie jest w stanie przyswoić więcej niż 100gr dziennie? Nie lepiej skupić się na jego jakości niż ilości?
Niech mi to ktoś wytłumaczy bo tego nie łapię, choć sam jadam po 170-200gr dziennie.
Załóżmy, że ćwicząca i pilnująca diety osoba robi 500gr czystego mięśnia w miesiącu (nie mówię o skoku na wadze, ale o czystym mięsie), co jest raczej przyzwoitym wynikiem. Przeliczając to na dni, taki osobnik potrzebuje ok. 17gr białka dziennie + ok 80gr na "bieżące wydatki", co razem daje w zaokrągleniu 100gr zwierzęcego białka dziennie.
Co więc daje jedzenie 200-300gr białka dziennie, skoro i tak przeciętny mężczyzna bez "wspomagania" nie jest w stanie przyswoić więcej niż 100gr dziennie? Nie lepiej skupić się na jego jakości niż ilości?
Niech mi to ktoś wytłumaczy bo tego nie łapię, choć sam jadam po 170-200gr dziennie.
Krzysztof Piekarz