Cześć Wam wszystkim. Piszę ponieważ długo już się zastanawiam nad generalnym podejście do treningu i chcę poznać Waszą opinię. Powiem tak - efekty mam niezadowalające. Ale to już nie chodzi nawet tylko o sport, generalnie o wiele aspektów około-sportowych, jak również nauka różnych rzeczy itd.
Sportem w różnych formach zajmuję się od dawna (>20 lat), forma jest hm... jako-taka, na pewno jestem sprawniejszy niż równolatkowie (>40lat), ale dla mnie to jest za mało. Mimo dość bogatego doświadczenia... coś nie gra. Pierwszy przykład z brzegu - jestem totalnie nie rozciągnięty - flexibility zerowe. Przy swobodnym skłonie do dotknięcia stóp brakuje około 10 cm. Od roku praktykuję jogę, w moim zestawie mam różne asany, które powinny pomóc - guzik prawda. Nic się nie zmienia. Tak właśnie doszedłem do mojej refleksji i pytania, które zadaję. Czy ta joga i generalnie zbyt delikatne podejście (każda joginka gawędzi, żeby nie forsować, delikatnie, wszystko z czasem...) powoduje brak rezultatów? Raz się ostro wkurzyłem i zrobiłem sesję rozciągania nóg- waliłem się z tym cały dzień, z przerwami. Ostre katowanie, na różne sposoby. W ten sposób doszedłem do tego, że byłem w stanie dotknąć palców stóp i trochę wytrzymać (kolana proste, zblokowane), ale w żaden inny czyli brutalnie i się dało. Druga rzecz... z bieganiem podobnie. Biegam, biegam, czasem przerwa itd, wystarczy 2 tygodnie pauzy - przeziębienie, urlop, ulewne deszcz i dupa - startuję "od zera". Dopiero jak przeforsowałem i poleciałem półmaraton to kilka dni później poprawiłem czas na dychę.
Kolejne przykłady - pompki - robię i notuję je od lat. Wychodzi na to, że robienie 30tu pompek dziennie, typu włączanie ich do rozgrzewki czy po jodze - nie daje nic.
Moją osobistą konkluzją jest to, że naprawdę trzeba przestać się cackać i dowalić, najwyżej kilka dni odpoczniesz. Bez tego nie będzie rezultatów. Skąd więc w internecie wysyp dosłowny porad, żeby wszystko delikatnie, że jak zaboli to już źle, żeby uważać na kontuzje, żeby odpoczywać, regenerować itd. Jak to wszystko czytam to potem jestem w ciężkim szoku czytając o kimś kto robi maratony codziennie przez rok (polski przypadek). Mam też pobraną książkę jakiegoś asa wojskowego z USA, który właśnie stara się przetłumaczyć, że musisz paść na glebę, żeby były efekt. Sam chyba Arnold mawiał - nie liczy się pierwsze 100 pompek, liczy się kilka ostatnich.
Co Wy na ten temat uważacie? Czy my wszyscy (ci bez spodziewanych efektów) poddaliśmy się cackaniu nad sobą i jesteśmy jak płatki śniegu, czy ja tu czegoś nie rozumiem?
Jeszcze na koniec jeden przykład- z obszaru odchudzania. Podejście cackaniowe - dietka, pudełka, wszystko policzone, warzywka - zero efektów. Podejście brutalne - co drugi dzień głodówa - efekty w 2 miesiące, z widocznym liniowym spadkiem wagi (do dziś utrzymane -przynajmniej tyle wskórałem).
Piszcie, pozdrawiam
Sportem w różnych formach zajmuję się od dawna (>20 lat), forma jest hm... jako-taka, na pewno jestem sprawniejszy niż równolatkowie (>40lat), ale dla mnie to jest za mało. Mimo dość bogatego doświadczenia... coś nie gra. Pierwszy przykład z brzegu - jestem totalnie nie rozciągnięty - flexibility zerowe. Przy swobodnym skłonie do dotknięcia stóp brakuje około 10 cm. Od roku praktykuję jogę, w moim zestawie mam różne asany, które powinny pomóc - guzik prawda. Nic się nie zmienia. Tak właśnie doszedłem do mojej refleksji i pytania, które zadaję. Czy ta joga i generalnie zbyt delikatne podejście (każda joginka gawędzi, żeby nie forsować, delikatnie, wszystko z czasem...) powoduje brak rezultatów? Raz się ostro wkurzyłem i zrobiłem sesję rozciągania nóg- waliłem się z tym cały dzień, z przerwami. Ostre katowanie, na różne sposoby. W ten sposób doszedłem do tego, że byłem w stanie dotknąć palców stóp i trochę wytrzymać (kolana proste, zblokowane), ale w żaden inny czyli brutalnie i się dało. Druga rzecz... z bieganiem podobnie. Biegam, biegam, czasem przerwa itd, wystarczy 2 tygodnie pauzy - przeziębienie, urlop, ulewne deszcz i dupa - startuję "od zera". Dopiero jak przeforsowałem i poleciałem półmaraton to kilka dni później poprawiłem czas na dychę.
Kolejne przykłady - pompki - robię i notuję je od lat. Wychodzi na to, że robienie 30tu pompek dziennie, typu włączanie ich do rozgrzewki czy po jodze - nie daje nic.
Moją osobistą konkluzją jest to, że naprawdę trzeba przestać się cackać i dowalić, najwyżej kilka dni odpoczniesz. Bez tego nie będzie rezultatów. Skąd więc w internecie wysyp dosłowny porad, żeby wszystko delikatnie, że jak zaboli to już źle, żeby uważać na kontuzje, żeby odpoczywać, regenerować itd. Jak to wszystko czytam to potem jestem w ciężkim szoku czytając o kimś kto robi maratony codziennie przez rok (polski przypadek). Mam też pobraną książkę jakiegoś asa wojskowego z USA, który właśnie stara się przetłumaczyć, że musisz paść na glebę, żeby były efekt. Sam chyba Arnold mawiał - nie liczy się pierwsze 100 pompek, liczy się kilka ostatnich.
Co Wy na ten temat uważacie? Czy my wszyscy (ci bez spodziewanych efektów) poddaliśmy się cackaniu nad sobą i jesteśmy jak płatki śniegu, czy ja tu czegoś nie rozumiem?
Jeszcze na koniec jeden przykład- z obszaru odchudzania. Podejście cackaniowe - dietka, pudełka, wszystko policzone, warzywka - zero efektów. Podejście brutalne - co drugi dzień głodówa - efekty w 2 miesiące, z widocznym liniowym spadkiem wagi (do dziś utrzymane -przynajmniej tyle wskórałem).
Piszcie, pozdrawiam
Krzysztof Piekarz