...
To jest długi tekst o konkursie jedzenia ciastek, który znalazłem czytajšc jedno z opowiadań Stephena Kinga. Kto jadł cokolwiek przed przeczytaniem tego naprawdę długiego opowiadania, niech lepiej uważa. Ostrzegam.
Jeden po drugim weszli na podium i ustawili się za długim stołem na kozłach, nakrytym lnianym obrusem. Na umieszczonym na skraju platformy stole piętrzyły się sterty ciastek. Nad nimi wiły się naszyjniki nagich stuwatowych żarówek, o które miękko uderzały ćmy i inne nocne owady, otaczajšc je migotliwymi aureolami. Nad podium, skšpany w blasku reflektorów, biegł długi transparent, który głosił: WIELKI KONKURS JEDZENIA CIASTEK GRETNA 1960! Po obu stronach transparentu wisiały poobijane głoniki, dostarczone przez Chucka Daya, prowadzšcego sklep radiowo-telewizyjny. Bill Travis, aktualny mistrz, był kuzynem Chucka.
Kiedy kolejny kandydat wchodził na podium, ze zwišzanymi rękami i w rozpiętej koszuli, jak Sydney Carton idšcy na szafot, burmistrz Charbonneau podawał jego nazwisko przez system nagłaniajšcy i wišzał mu na szyi duży biały liniaczek. Calvin Spier otrzymał tylko symboliczne oklaski; mimo swego brzucha wielkoci dwudziestogalonowej beczki na wodę był uważany za najsłabszego konkurenta po małym Hoganie (większoć uważała Tłustodupskiego za obiecujšcego, ale zbyt młodego i niedowiadczonego, by zawalczył w tym roku).
Po Spierze nadeszła kolej Boba Cormiera. Ten był disc jockeyem prowadzšcym popularny program popołudniowy w rozgłoni w Lewiston. Powitały go żywsze brawa oraz piski obecnych na widowni nastolatek. Dziewczyny uważały, że jest "fantastyczny". Po nim na podium wszedł John Wiggins, dyrektor szkoły podstawowej w Gretna. Jego pojawienie przyjęła goršcym aplauzem starsza częć widowni, a rozproszeni w tłumie uczniowie ponurymi jękami. Wiggins zdołał jednoczenie umiechnšć się promiennie i gronie zmarszczyć brwi.
Następnie burmistrz Charbonneau przedstawił Tłustodupskiego.
- Nowy uczestnik dorocznego konkursu zjadania ciastek, po którym w przyszłoci spodziewamy się wielkich rzeczy... młody David Hogan!
Tłustodupski zebrał gromkie brawa, gdy burmistrz Charbonneau zawišzywał mu liniaczek, a kiedy zamierały, zgrany grecki chór tuż za kręgiem wiatła stuwatowych żarówek wzniósł gromki okrzyk: "Dalej, Tłustodupski!".
Rozległy się stłumione chichoty, tupot nóg, przemknęło kilka cieni, których nikt nie zdołał (lub nie chciał) zidentyfikować, jedni umiechnęli się nerwowo, inni zmarszczyli brwi (najmocniej Hizzoner Charbonneau, najbardziej widoczny z notabli). Sam Tłustodupski zdawał się niczego nie słyszeć. Nikły umieszek wykrzywiajšcy jego grube wargi i marszczšcy pucołowate policzki pozostał na swoim miejscu, gdy burmistrz, nadal z marsem na czole, zawišzał mu liniak i kazał nie przejmować się durniami obecnymi na widowni (jakby miał jakiekolwiek pojęcie, jakich potwornych głupców Tłustodupski Hogan napotykał i miał nadal napotykać, toczšc się przez życie jak ogromny hitlerowski czołg Tygrys). Oddech burmistrza był goršcy i przesycony zapachem piwa.
Ostatni zawodnik wspinajšcy się na udekorowane flagami podium zebrał najgłoniejsze i najdłużej trwajšce oklaski; był to legendarny Bill Travis, ponad szeć stóp wzrostu, chudy i żarłoczny. Travis był mechanikiem miejscowej stacji benzynowej Amoco obok dworca i bardzo sympatycznym facetem.
Wszyscy w miasteczku wiedzieli, że w Wielkim Konkursie Zjadania Ciastek chodziło o co więcej niż o kilka nędznych dolarów - a przynajmniej Billowi Travisowi. Były po temu dwa powody. Po pierwsze, ludzie zawsze wpadali na stację pogratulować Billowi zwycięstwa i niemal każdy gratulujšcy tankował swój samochód. Po konkursie dwa stanowiska naprawcze bywały zazwyczaj zajęte na miesišc naprzód. Ludzie przyjeżdżali wymienić tłumik albo przesmarować oki, siadywali w składanych fotelach ustawionych pod cianš (Jerry Maling, który był włacicielem stacji, kupił je na wyprzedaży w tysišc dziewięćset pięćdziesištym siódmym, kiedy rozbierano stare kino Gem), popijajšc colę albo soki z automatu, i gwarzyli o konkursie z Billem, gdy wymieniał wiece lub wjeżdżał na wózku pod czyjš furgonetkę, szukajšc dziur w układzie wydechowym. Bill zawsze był chętny do pogawędki, co było jednym z powodów, że tak lubiano go w Gretna.
W miecie spierano się o to, czy Jerry Maling daje Billowi sowitš premię za dodatkowe obroty, jakie przynosi jego coroczne zwycięstwo (albo mdlšce męstwo), czy też procent od utargu. Jakkolwiek było, nie ulegało wštpliwoci, że Travisowi powodziło się znacznie lepiej niż większoci małomiasteczkowych speców od klucza francuskiego. Miał ładny piętrowy dom przy Sabbatus Road, o którym złoliwcy powiadali, że "został wybudowany z ciastek". Zapewne przesadzali, ale Bill czerpał z zawodów także inne korzyci - i tu dochodzimy do drugiego powodu, dla jakiego Travis zyskiwał znacznie więcej niż kilka dolarów. Konkurs jedzenia ciastek był więtem hazardzistów w Gretna. Zapewne większoć ludzi przychodziła tylko pomiać się, ale znaczšca mniejszoć stawiała pienišdze na zwycięzcę. Obstawiajšcy obserwowali poszczególnych zawodników i omawiali ich zalety równie goršco, jak miłonicy wycigów obserwujš i omawiajš cechy koni pełnej krwi. Dyskutowano o przyjaciołach, krewnych, a nawet znajomych poszczeg
ólnych zawodników. Roztrzšsano wszystkie szczegóły dotyczšce ich przyzwyczajeń żywieniowych. Zawsze przedmiotem długich dyskusji były ciastka wybrane w danym roku - jabłka uważano za "ciężkie", a morele za "lekkie" nadzienie (chociaż po zjedzeniu trzech lub czterech ciastek z morelami zawodnik musiał liczyć się z dwudniowš biegunkš). Tegoroczne ciastka z jagodami uważano za szczęliwy wybór. Oczywicie, obstawiajšcy byli zainteresowani stosunkiem poszczególnych zawodników do jagód. Czy lubiš jagodzianki? Czy wolš dżem z czarnych jagód od przetworów z truskawek? Czy posypujš czasem płatki niadaniowe czarnymi jagodami czy tylko dodajš banana ze mietanš?
Jednoczenie rodziły się inne pytania. Czy zawodnik je szybko i zwalnia, czy powoli i rozgrzewa się z czasem, a może systematycznie pochłania w równym tempie? Ile hot dogów może zjeć, oglšdajšc mecz Babe Ruth League na boisku baseballowym St. Dom? Czy jest piwoszem, a jeli tak, ile butelek wypija jednego wieczoru? Czy czka? Uważano, że potężnie czkajšcego osobnika na dłuższš metę trudniej pokonać.
Wymieniano takie i inne informacje, obliczano szanse, robiono zakłady. Nie mam pojęcia, ile pieniędzy przeszło z ršk do ršk w cišgu tygodnia poprzedzajšcego zawody, ale gdybycie przystawili mi pistolet do głowy i kazali zgadywać, powiedziałbym, że jakie tysišc dolarów - suma, która dzisiaj zapewne wyda się miesznie niska, ale w takiej małej miecinie piętnacie lat temu była całkiem spora.
Ponieważ zawody prowadzono uczciwie, cile przestrzegajšc wyznaczonych dziesięciu minut, nikt nie miał nic przeciwko temu, że zawodnik stawiał na siebie, co Bill Travis robił co roku. Powiadano, iż tego letniego wieczoru tysišc dziewięćset szećdziesištego roku z umiechem oznajmił widzom, że znów postawił na siebie sporš sumkę, chociaż najlepsze szanse, jakie mu dawano, to jeden do pięciu. Jeżeli nie lubicie się zakładać, wyjanię to wam następujšco: musiał zaryzykować dwiecie pięćdziesišt dolarów, żeby wygrać pięćdziesišt. Niezbyt korzystna sytuacja, ale taka jest cena sukcesu - a kiedy stał tam, pławišc się w aplauzie i rozdajšc umiechy, nie wyglšdał na specjalnie zaniepokojonego.
- I obrońca mistrzowskiego tytułu - zagrzmiał burmistrz Charbonneau - mieszkaniec Gretna, Bill Travis!
- Hej, Bill!
- Ile dzi zjesz, Bill?
- Wtrzšchniesz dziesięć, Bill?
- Postawiłem na ciebie, Bill! Nie zawied mnie, chłopcze!
- Zostaw mi jedno ciastko, Bill!
Kłaniajšc się i skromnie umiechajšc, Bill Travis pozwolił, aby burmistrz zawišzał mu liniak pod brodš. Potem usiadł na końcu stołu po prawej, w pobliżu miejsca, gdzie podczas konkursu miał stać burmistrz Charbonneau. Od prawej do lewej siedzieli: Bill Travis, David "Tłustodupski" Hogan, Bob Cormier, dyrektor John Wiggins oraz zasiadajšcy na samym końcu Calvin Spier.
Burmistrz Charbonneau przedstawił Sylvię Dodge, która była jeszcze bardziej nierozłšcznie zwišzana z konkursem niż Bill Travis. Od niepamiętnych lat (według niektórych dowcipnisiów, od czasów pierwszych chrzecijan) zajmowała stanowisko prezesa Ligi Kobiet w Gretna i co roku osobicie doglšdała wypieku ciastek, poddajšc każde surowej kontroli jakoci, obejmujšcej uroczyste ważenie na rzeniczej wadze pana Bancicheka - aby upewnić się, iż każde ciastko waży co do uncji tyle samo.
Sylvia obdarzyła tłum królewskim umiechem, jej niebiesko-siwe włosy zamigotały w wietle żarówek. Wygłosiła krótkš przemowę o tym, jak cieszy jš, że tak wielu mieszkańców miasteczka przybyło, by uczcić swych twardych przodków-pionierów, którym ten kraj zawdzięcza swojš wielkoć, ponieważ jest wielki, nie tylko na małomiasteczkowym szczeblu, na którym burmistrz Charbonneau w listopadowych wyborach znów powiedzie miejscowych republikanów na fotele radnych miejskich, ale na szczeblu krajowym, na którym Nixon z Lodge'em przejmš pochodnię wolnoci z ršk Naszego Wielkiego i Ukochanego Generała, by nieć jš wysoko...
Calvinowi Spierowi głono zaburczało w żołšdku - bruuum! Zebrani przyjęli to gromkim aplauzem. Sylvia Dodge, która doskonale wiedziała, że Calvin jest nie tylko demokratš, lecz i katolikiem (co z osobna byłoby jeszcze wybaczalne, ale razem - nigdy), zdołała się zaczerwienić, umiechnšć, a jednoczenie wyglšdać na wciekłš. Odchrzšknęła i wygłosiła płomiennš przemowę do wszystkich chłopców i dziewczšt obecnych na widowni, każšc im zawsze wysoko nieć czerwono-biało-niebieski, zarówno w dłoniach jak i w sercach, a ponadto pamiętać, że palenie to wstrętny, obrzydliwy nałóg, od którego się kaszle. Obecni na widowni chłopcy i dziewczęta, z których większoć za osiem lat miała nosić pacyfy i nie palić cameli, lecz marihuanę, przebierali nogami i czekali, aż co zacznie się dziać.
- Mniej gadania, więcej jedzenia! - zawołał kto w tylnych rzędach i znów rozległy się oklaski - tym razem bardziej rzęsiste.
Burmistrz Charbonneau wręczył Sylvii stoper i srebrny policyjny gwizdek, w który miała dmuchnšć po upływie wyznaczonych dziesięciu minut konkursu. Wtedy burmistrz miał wystšpić i podnieć rękę zwycięzcy.
- Gotowi??? - Głos Hizzonera przetoczył się dudnišcym echem w głonikach rozmieszczonych na Main Street.
Pięciu zjadaczy ciastek stwierdziło, że sš gotowi. - Możecie zaczynać? - dociekał Hizzoner.
Zjadacze warknęli, że mogš zaczynać. Na ulicy jaki chłopak rzucił grzechoczšcš petardę.
Burmistrz Charbonneau podniósł jednš kluchowatš rękę, a potem opucił jš.
- Już! Pięć głów opuciło się na pięć talerzy. Odgłos przypominał dwięk pięciu stóp mocno tupišcych w błotnistš ziemię. W ciepłym wieczornym powietrzu rozeszło się ciamkanie, zaraz zagłuszone przez zwolenników i obstawiajšcych, którzy dopingowali swoich faworytów. Jeszcze nie zniknęło pierwsze ciastko, gdy większoć ludzi zrozumiała, że szykuje się co nieoczekiwanego.
Tłustodupski Hogan, na którego stawiano siedem do jednego ze względu na jego wiek i brak dowiadczenia, jadł jak opętany. Błyskawicznie przeżuł górnš częć ciastka (przepisy konkursu wymagały zjedzenia tylko górnej częci, spodniš można było zostawić), a kiedy jš przełknšł, z jego ust wydobył się donony, ssšcy dwięk. Ten odgłos przypominał dwięk przemysłowego odkurzacza. Potem cała jego głowa zniknęła w talerzu z ciastkiem. Podniósł jš piętnacie sekund póniej, pokazujšc, że już skończył. Czoło i policzki miał wysmarowane sokiem jagodowym i wyglšdał jak cyrkowy klown. Skończył - i zrobił to, zanim legendarny Bill Travis zjadł połowę swojego pierwszego ciastka.
Podniosły się wštłe oklaski, gdy burmistrz obejrzał talerz Tłustodupskiego i oznajmił, iż jest dostatecznie pusty. Błyskawicznie postawił przed nim drugi talerz. Tłustodupski pochłonšł regulaminowej wielkoci ciastko w czterdzieci dwie sekundy. To był rekord zawodów.
Do drugiego ciastka zabrał się jeszcze gwałtowniej, podrzucajšc głowš i zanurzajšc jš w miękkim jagodzianym nadzieniu, a Bill Travis obrzucił go niespokojnym spojrzeniem, wołajšc o drugš jagodziankę. Jak póniej powiedział przyjaciołom, poczuł, że bierze udział w prawdziwych zawodach po raz pierwszy od tysišc dziewięćset pięćdziesištego siódmego roku, kiedy George Gamache pochłonšł trzy ciastka w cztery minuty, a potem zemdlał. Zaczšł się zastanawiać, powiedział, czy ma przeciw sobie chłopca, czy demona. Przypomniał sobie o pienišdzach, jakie wchodziły w grę, i podwoił wysiłki.
Jednak jeli Travis podwoił szybkoć jedzenia, to Tłustodupski potroił jš. Jagody rozpryskiwały się wokół jego talerza, barwišc obrus jak obraz Jacksona Pollocka. Miał jagody we włosach, jagody na liniaku i jagody przylepione do czoła, jakby zaczšł je wypacać z wysiłku.
- Gotowe! - zawołał, podnoszšc głowę znad drugiego talerza, zanim Bill Travis zdšżył zjeć górę swojej jagodzianki.
- Lepiej zwolnij, chłopcze - mruknšł Hizzoner. Charbonneau postawił dziesięć dolarów na Billa Travisa. - Musisz oszczędzać siły, jeli chcesz dotrwać do końca.
Tymczasem Tłustodupski jakby go nie słyszał. Z szaleńczym popiechem wgryzł się w trzecie ciastko, błyskawicznie poruszajšc szczękami. I nagle...
Jednak muszę na moment przerwać i powiedzieć wam, że w apteczce w domu Tłustodupskiego stała pusta buteleczka. Wczeniej była w trzech czwartych wypełniona perłowożółtym olejem rycynowym, chyba najobrzydliwszym płynem, jakiemu Bóg, w swej niezmiernej mšdroci, pozwolił istnieć na powierzchni Ziemi. Tłustodupski osobicie opróżnił tę butelkę, wypijajšc zawartoć co do kropli, a nawet oblizujšc zakrętkę, z wykrzywionymi ustami, skurczami żołšdka i umysłem wypełnionym mylami o słodkiej zemcie.
Gwałtownie pochłaniajšc trzecie ciastko (Calvin Spier, zgodnie z przewidywaniami, jeszcze nie skończył pierwszego), Tłustodupski zaczšł celowo dręczyć się ponurymi wizjami. Wcale nie jadł ciastek; jadł krowie placki. Jadł wielkie, ogromne michy żółtego, olizgłego sadła. Pożerał podmierdłe szczurze wnętrznoci polane jagodowym sosem. Skwaniałym jagodowym sosem.
Skończył trzecie ciastko i zawołał o czwarte, wyprzedzajšc o całe jedno legendarnego Billa Travisa. Płochy tłum, wyczuwajšc nowego i nieoczekiwanego mistrza, zaczšł dopingować go co sił w płucach.
Jednak Tłustodupski nie miał nadziei ani zamiaru wygrać. Nie zdołałby utrzymać obecnego tempa, nawet gdyby nagrodš było życie jego matki. Ponadto, dla niego zwycięstwo oznaczałoby porażkę; zemsta była jedynym trofeum, jakiego pragnšł. Z żołšdkiem kurczšcym się od oleju rycynowego, czujšc ciskanie w krtani, dokończył czwarte ciastko i zawołał o pištš - ostatniš jagodziankę, istnš Jagodziankowš Bombę. Opucił głowę na talerz, przebił skórkę i wcišgnšł jagody nosem. Sok pociekł mu po koszuli. Treć pokarmowa nagle zaczęła mu cišżyć w żołšdku. Przeżuł ciastowate ciasto skórki i połknšł jš. Wcišgnšł jagodowy mišższ.
Nagle nadeszła chwila zemsty. Jego żołšdek, nieprawdopodobnie przeładowany, zbuntował się i zacisnšł jak silna dłoń w liskiej gumowej rękawiczce. Gardło rozwarło się.
Tłustodupski podniósł głowę. Niebieskimi zębami umiechnšł się do Billa Travisa. Wymioty wezbrały mu w gardle jak wielotonowa kolejka metra pędzšca tunelem.
Z rykiem trysnęły z jego ust długš, niebiesko-żółtš fontannš, ciepłš i parujšcš. Strumień sięgnšł Billa Travisa, który zdšżył wybulgotać tylko co, co zabrzmiało jak "Guuu". Kobiety na widowni wrzasnęły. Calvin Spier, który z tępym zdumieniem spoglšdał na tę nie zapowiedzianš atrakcję, przechylił się zręcznie przez stół, jakby zamierzał wyjanić widowni, co się dzieje, i zwymiotował na głowę Marguerite Charbonneau, żony burmistrza. Wrzasnęła i odskoczyła, daremnie osłaniajšc rękami włosy, które teraz pokrywała warstwa zmiażdżonych jagód, smażonej fasolki oraz częciowo strawionych frankfurterów (te ostatnie elementy to obiad Cala Spiera). Odwróciła się do swojej przyjaciółki Marii Lavin i obrzygała jej przód żakietu z cielęcej skóry.
Szereg szybko następujšcych po sobie zdarzeń, jak rozbłyski sztucznych ogni:
Bill Travis rzucił wielkiego - i niezwykle dorodnego - pawia na dwa pierwsze rzędy widzów, przy czym oszołomiony wyraz jego twarzy wyranie głosił: Ludzie, sam nie mogę uwierzyć, że to robię;
Chuck Day, szczodrze uraczony niespodziewanym prezentem przez Billa Travisa, obrzygał sobie zamszowe buty, a potem zamrugał oczami, patrzšc na nie z niedowierzaniem, doskonale wiedzšc, że już nigdy z nich tego nie sczyci;
John Wiggins, dyrektor szkoły podstawowej w Gretna, otworzył otoczone niebieskš obwódkš usta i rzekł karcšco: "Naprawdę, to już uuuuuaaa!". Jak przystało człowiekowi o jego wychowaniu i pozycji, zwrócił wszystko na swój talerz.
Hizzoner Charbonneau, który nagle zaczšł przewodniczyć czemu, co wyglšdało raczej na oddział zatruć pokarmowych niż konkurs jedzenia ciastek, otworzył usta, żeby odwołać imprezę, i zapawiował sobie mikrofon.
- Jezusie, ratuj! - jęknęła Sylvia Dodge, a potem cała jej kolacja - smażone ostrygi, sałatka z surowej kapusty, kukurydza z masłem na słodko (co najmniej dwie kolby) oraz spora iloć czekoladowego ciasta Muriel Harrington - wypadła wyjciem awaryjnym i z dononym planięciem wylšdowała na plecach eleganckiej marynarki burmistrza.
Tłustodupski Hogan, w apogeum swojego młodego żywota, promiennie umiechał się do widowni. Wszędzie zalegały wymiociny. Ludzie zataczali się jak pijani, przytykajšc dłonie do ust i wydajšc ciche, rozpaczliwe jęki. Obok sceny przeleciał czyj pekińczyk, ujadajšc jak szalony, a mężczyzna w dżinsach i kowbojskiej jedwabnej koszuli zwymiotował na niego, niemal topišc biedne zwierzę. Pani Brockway, żona pastora metodystów, czknęła basowo, po czym trysnęła fontannš przetrawionego rostbefu, tłuczonych ziemniaków i musu jabłkowego. Mus wyglšdał tak, jakby był dobry, kiedy przebywał drogę w przeciwnym kierunku. Jerry Maling, który przyszedł zobaczyć, jak jego ulubiony mechanik znów odchodzi z wygranš, postanowił spieprzać z tego domu wariatów. Przeszedł może siedem jardów, po czym potknšł się o czerwony dziecinny samochodzik i wylšdował w kałuży ciepłych wymiotów. W następnej chwili zwrócił kolację na swój podołek i póniej mówił, że dziękował opatrznoci, iż miał na sobie kombinezon. A panna Norma
n, która uczyła łaciny i podstaw języka angielskiego w zbiorczej szkole redniej w Gretna, okazała przesadne poczucie własnoci, wymiotujšc do własnej torebki.
Tłustodupski Hogan patrzył na to wszystko z minš spokojnš i promiennš, czujšc ogarniajšce go, słodkie i wspaniałe uczucie, jakiego mógł już nigdy więcej nie zaznać - uczucie całkowitej i głębokiej satysfakcji. Wstał, wyjšł nieco lepki mikrofon z drżšcej dłoni burmistrza Charbonneau i powiedział...
- Uznaję ten konkurs za nie rozstrzygnięty.
WSTECZ