Natomiast odnosząc się jeszcze do ewentualnej walki Ali – Louis to zdecydowanie Ali. Poniżej wklejam ciekawy artykuł Manuela Stewarda odnoszący się do tej kwestii. To część druga oraz trzecia. W trzeciej polecam opinie odnoszącą się do walki Ali – Liston w sytuacji, gdyby walka odbyła się kilka lat wcześniej.
Boks to głównie nastawienie mentalne i psychiczne, aktualna dyspozycja dnia a często czysty przypadek, który pozwala na to, że w danym dniu Ty jesteś lepszy a nie ja. W tym tkwi właśnie tajemnica tego sportu.
Dla mnie jednak dyspozycja psychiczna, czyli to, co się dzieje w danej chwili w mózgu pozwala na uruchomienie ciała i wzniesienie go do szczytu swych możliwości. Bez zmuszenia ciała za pomocą mózgu do maksymalnego wysiłku dany zawodnik może być cieniem samego siebie. W historii boksu takich przykładów mamy wiele. „Wypalenie się” powoduje, że nawet przeciętny zawodnik może okazać się nie do przejścia. Dlatego właśnie to, co mamy w danym momencie w głowie, sposób myślenia i głód walki w znaczącym stopniu decyduje o przebiegu walki.
Zapraszem do artykułu, bo jest bardzo ciekawy.
Zapraszamy na kolejną część opowieści znakomitego szoleniowca,
Emanuela Stewarda o historii królewskiej kategorii wagowej. Tym razem Steward dokonuje podsumowania karier takich pięściarzy, jak Muhammad Ali, Joe Louis, Rocky Marciano, Jack Johnson, Joe Frazier oraz Riddick Bowe. Zyczymy przyjemnego czytania.
WYCIECZKA PRZEZ HISTORIĘ WAGI CIĘŻKIEJ Z EMANUELEM STEWARDEM - CZĘŚĆ 1 >>
- Muhammad Ali zawsze powtarzał, że jest najlepszym pięściarzem w historii. Czy rzeczwiście był najepszy? A może Joe Louis mógłby powiedzieć o sobie w ten sposób?
Emanuel Steward: Obaj byli wielcy, lecz każdy na swój sposób. Joe możemy postrzegać jako największego choćby za to, co zrobił w swoim czasie, odbywając 25 udanych obron w okresie 11 lat. Stał się ikoną po swoich epickich konfrontacjach z Maxem Schmelingiem. Nieocenione jest to, co zrobił dla boksu i świata w ogóle. Te starcia uosabiały walkę o los całego świata, gdyż można było sądzić, że Louis przeciwstawia się ideom Hitlera. Sporo podróżowałem i wiem, że wielu tak odbierało ten pojedynek. Tamtej nocy Louis znaczył więcej niż tylko bokser. Wówczas w pełni odpowiadał znaczeniu słów: mistrz świata.
Jeśli Louis stanąłby naprzeciw Alego, to sądzę, że zwycięzcą byłby ten drugi, z racji tego, że Ali dysponował tym wszystkim, co stanowiło zagrożenie dla Louisa. Joe miał problemy z ruchliwymi zawodnikami, nawet z niskimi Billy’m Connem i Joe Walcottem. Joe niezbyt dobrze radził sobie z ciosami prostymi i ogólnie miewał problemy z silnymi, technicznymi bokserami. Niemniej trudno nie zauważyć, że zrobił wszystko, co powinien był zrobić. Zwyciężył wszystkich rywali swojego pokolenia, tytuł zachowywał bardzo długo, a do tego był dżentelmenem.
Jeśli jednak doszłoby do pojedynku z Alim, to Ali wygrałby z nim. Odnoszę się do Alego z wielkim szacunkiem, jako że jest on jedynym czempionem, który walczył ze wszystkimi silnymi przeciwnikami swojej epoki. Nie było dyskusji na temat doboru przeciwników i ich stylach walki. Ali mówił tylko Angelo Dundee’emu: „chcę tej walki” i od razu organizowano pojedynki, trzykrotnie z niewygodnym Kenem Nortonem i trzykrotnie z Joe Frazierem. Ponadto walki z Brianem Londonem w i Henry’m Cooperem miały miejsce w Londynie, Ali udawał się również do Kanady czy do Niemiec, aby zmierzyć się z Karlem Mildenbergerem. Nie obchodziło go styl przeciwnika i gdzie odbywa się walka. A jeśli styl danego przeciwnika okazywał się niewygodny, to Ali podchodził do rewanżu.
Muhammada Alego czy Joe Louisa można nazwać największymi mistrzami w historii wagi ciężkiej, jednak nie oznacza to, że musieliby poradzić sobie z Larry’m Holmesem czy George’m Foremanem.
- Kogo uważa Pan za najtrudniejszego i najbardziej niewygodnego przeciwnika dla Alego, przyjmując, że ten znajdowałby się w swojej najlepszej formie?
ES: Trudno takiego znaleźć, jako że Ali walczył z zawodnikami różnorodnymi stylowo. Możliwe, że jeśli Joe Frazier miałby podobne warunki fizyczne do Alego, to stanowiłby dla niego straszne niebezpieczeństwo. Ponadto siłą Fraziera była jego umiejętność myślenia w ringu, był bardzo silny psychicznie, jako że swoje wychowanie odbywał na ulicy. Sprawiło to, że stał się najtrudniejszym wyzwaniem dla Alego. Myślę, że szczęście uśmiechnęło się do Alego, że natura nie uczyniła Fraziera nieco silniejszym fizycznie. Tak czy inaczej jego styl był najbardziej niewygodnym sposród wszystkich rywali Muhammada.
Walcząc z Joe, Alemu bardzo trudno było operować prawą ręką. W trzeciej walce, kiedy zrozumiał, że jego taktyka na walkę nie przybliża go do zwycięstwa, zmienił ją. Nie mógł dopasować się do rytmu Fraziera i wówczas powiedział sobie: „Muszę zacząć się bić. Jeśli seria dwóch ciosów nie przynosi rezultatu, to będę wyprowadzać cztery”. Zrobił to, co musiał zrobić w tym pojedynku, a umiejętność modyfikacji stylu w trakcie walki było cechą charakterystyczną Alego. Norton również był dla niego niewygodny stylowo, a dodatkowo wyróżniał się fizycznie, lecz brakowało mu takiego sprytu i twardości, które posiadał Frazier.
- Rocky Marciano był jedynym mistrzem, który nie przegrał ani jednej walki. Jednak wielu współczesnych ekspertów nie docenia go, uważając za zbyt niskiego w stosunku do obecnych pięściarzy wagi ciężkiej. Jak powinno się oceniać Marciano, według jego gabarytów czy według tego, co zdołał osiągnąć? Poza tym, jak Pan uważa, czy warunki fizyczne Marciano umożliwiłyby mu taką dominację, którą osiągnął w swoim czasie?
ES: Ze swoim stylem Marciano nic nie mógłby dzisiaj zrobić, bo jeśli ktoś nie ma dobrych warunków fizycznych, to należy zastępować je szybkością, a on nie był zbyt szybki. Marciano boksował w okresie, który miał dobrych „ciężkich”. Poradził sobie z takimi zawodnikami jak Ezzard Charles czy Archie Moore, którzy później niejednokrotnie udowodnili swoją siłę.
Wielu nie uważa go za wielkiego, lecz w swoim czasie był najlepszy. Był niewysokim chłopakiem, z nienajlepszą koordynacją i masą niedostatków fizycznych, lecz dzięki niewiarygodnej pracowitości i silnemu ciosowi osiągnął swoje. Wobec tego powinniśmy szanować go za to, czego dokonał. W czasie swojej kariery nie unikał żadnego rywala. Zwyczajnie nie mógł znaleźć odpowiedniego rywala, który mógłby go pokonać.
Mimo to, że ludzie generalnie nie doceniają go, ja uważam go za klasowego pięściarza. Obejrzałem wiele walk z jego udziałem i zauważyłem sporo interesujących elementów w jego stylu. Zdołał znaleźć należyte zastępstwo dla swoich niedostatków.
Siła jego ciosów i umiejętność stworzenia warunków dla wyprowadzenia takiego ciosu były fenomenalne. Popatrzmy na jego nokauty Walcotta, Moore’a, Charlesa – był jak huragan. Naprawdę zasłużony bokser. To od niego wzięło się słowo „Rocky”. Sprawił, że wielu chłopaków zajęło się sportem, szczególnie włoskich. Stał się znakomitym wzorem dla białych pięściarzy. Dodatkowo jego potężny cios zasługuje na szczególne uznanie.
- Pański typ na konfrontację Ali–Marciano w szczytowej formie każdego z nich?
ES: W takiej walce jako zwycięzcę widziałbym Alego. Był sporo wyższy i trochę szybszy, poza tym miał twardą szczękę. W czasach Marciano „ciężcy” ważyli zazwyczaj 85-86 kilogramów, a 90-kilogramowy bokser uważany był już za wielkiego. Obecnie taki zawodnik nie walczy nawet w wadze ciężkiej, a jest cruiserem. Jednak w tamtym okresie, kiedy Rocky był „ciężkim”, bił wszystkich, lecz Alego nie pobiłby w żadnym wypadku, zważywszy dodatkowo na wytrzymałość Muhammada w końcówkach walk.
- Jack Johnson to kolejna interesująca postać w historii wagi ciężkiej. Niektórzy go przeceniają, niektórzy nie doceniają, a jaki jest Pański punkt widzenia?
ES: Myślę, że był zdumiewającą postacią, a uważam za dobrego zawodnika. Rozpoczął nową erę w boksie. Z pewnością nikt wcześniej tak lekko i luźno nie zachowywał się w ringu. Kiedy obserwowałem jego walki, to przekonałem się, że jest niecodziennym i dobrym pięściarzem. Lecz poza boksem był jeszcze bardziej zdumiewający. Był człowiekiem, który szedł pod prąd i przeciwko systemowi. Robił to, czego nikt nie robił i nawet dzisiaj mało kto mógłby naśladować jego zachowanie. Posiadał dwustronne poczucie sprawiedliwości, w osiągnięciu czego pomagał mu boks, kształtujący jego charakter. To właśnie jego charakter, a nie talent pięściarski przykuwa moją uwagę najbardziej.
Jeśli oceniać go jako boksera, to sądzę, że był dobry. Jednak pojawiają się pytania o jego walki z zawodnikami znacznie niższych kategorii, na przykład Tommy’m Burnsem czy Stanleyem Ketchelem, którzy walczyli w wadze średniej. Albo zwycięstwo nad 36-letnim Jamesem Jeffriesem. Johnson nie walczył z najsilniejszymi ciemnoskórymi rywalami swojego okresu. Wypada wspomnieć też porażkę z Jessem Willardem, który w tamtym okresie wspominał już o odejściu z boksu.
Nie można powiedzieć, że Johnson walczył i wygrywał z najlepszymi „ciężkimi” swojego okresu. Niemniej jego charakter, zarozumiałość czyniły jego życie czymś więcej, niż tylko życiem. Był fenomenalnym biznesmenem, podróżował po całym świecie, sam prowadził swoje interesy, zmieniał ubrania trzy razy dziennie, spotykał się z prezydentami państw. W jakimś stopniu przyćmiło to jego sukcesy na ringu.
- Pierwszym w historii człowiekiem, który pokonał Muhammada Alego, był Joe Frazier. Jednak według wielu jego popularność ucierpiała wskutek dwóch nokautów z rąk George’a Foremana. Jak Pan uważa, czy Frazier zasługuje na miejsce w dziesiątce najlepszych „ciężkich”?
ES: Pokonać Muhammada Alego jako pierwszy – to znaczy wiele. Rzeczywiście, było to największe wydarzenie w jego karierze. Większość z nas patrzy tylko na jego największe walki – z Foremanem i Alim, w tym samym czasie nie doceniając jego znakomitych zwycięstw nad Bonaveną i Jimmy’m Ellisem. Joe był świetnym zawodnikiem. Obserwowałem go już w czasach amatorskich, gdzie nasze drogi się skrzyżowały, lecz to już inna historia.
Intensywność, z jaką odbywał pojedynki, była podobna do tej, która stała się udziałem Mike’a Tysona. W niektórych elementach Frazier był lepszy od Mike’a, w innych – Mike lepszy od Fraziera. Istnieje pytanie, kto dysponował bardziej druzgocącym ciosem, lecz na Frazierze zawsze będą ciążyć porażki najważniejszych walk w życiu. Jego dziedzictwo jednocześnie wiąże się zarówno z nazwiskiem Ali, jak i z nazwiskiem Foreman. Mimo wszystko nazwisko Ali bardziej kojarzy się z Frazierem, tą parę można porównywać z Louisem i Schmelingiem.
- Większość sympatyków boksu uważa, że szczyt możliwości Riddicka Bowe przypadł na jego pierwszą walkę z Holyfieldem. Jeśli Bowe bardziej poważnie zająłby się treningami, to czy pomogłoby mu to osiągnąć więcej?
ES: Bowe był świetnym zawodnikiem. Spokojnie mógł zaliczać się do najlepszych „ciężkich” wszechczasów. Był on odzwierciedleniem trenerskiego talentu Eddiego Futcha, który prowadził go od wczesnego wieku i doprowadził do wieku dorosłego pięściarza. Wspaniale pamiętam ten wieczór, kiedy znokautował Jesse Fergusona. Byłem tam, gdyż kolejnym jego przeciwnikiem miał być Evander Holyfield, z którym wówczas pracowałem. Bowe był na tyle dobry, że nawet nie wiedziałem jak przygotowywać Evandera do walki z nim. Wspaniale wykonywał wszystkie elementy bokserskiego rzemiosła.
Lecz po tym pojedynku, jeśli dobrze zrozumiałem to, co przekazał mi Eddie Futch, Riddick zaczął tracić kontrolę nad sobą. Bowe wmówił sobie, że już zostaje drugim Alim, zaczął tracić dyscyplinę i koncentrację. W rezultacie Evander zwyciężył go. Rzuciło to cień na jego reputację, później te walki z Gołotą… Zaczął oddawać swoją pozycję i myślę, że walka z Fergusonem była ostatnią, w której Riddick jeszcze trzymał się na nogach.
- Na ile Pan, jako trener i kibic był rozczarowany tym, że walka między Lewisem i Bowe’m nie doszła do skutku?
ES: Byłem bardzo rozczarowany, dlatego że było by to wielkie wydarzenie dla boksu. Przypominałoby to walkę Ali – Frazier. Poza tym, ten pojedynek miał w sobie dodatkowy smaczek, związany z igrzyskami w 1988 roku. Byłaby to walka dwóch wielkich mężczyzn, facetów stanowiących o ówczesnej erze w wadze ciężkiej. Myślę, że ta walka stałaby na wysokim poziomie, ponieważ zarówno Bowe, jak i Lewis stali się lepszymi zawodnikami w porównaniu z ich amatorskim starciem.
- A kto wygrałby tę potyczkę?
ES: Myślę, że Lennox pokonałby wówczas Riddicka, nie tylko ze względu na talent. Lewis w tamtym momencie był bardzo silny fizycznie i psychicznie. Prawdopodobnie Bowe był trochę lepszy jeśli chodzi o rzemiosło, lecz na dystansie 12 rund Lennox mógłby powtórzyć to, co zdołał zrobić na igrzyskach w 1988 roku. Widocznie Futch również to rozumiał. Lennox był niesamowicie silny fizycznie i mentalnie, a w Riddicku w jakimś stopniu siedział jeszcze dzieciak. Dzięki twardości Lewisa, to Lennox byłby faworytem.
Zapraszamy na trzecią część opowieści legendarnego Emanuela Stewarda o największych nazwiskach w historii kategorii ciężkiej. Tym razem szkoleniowiec zaprezentuje nam swój punkt widzenia odnośnie takich sław królewskiej kategorii wagowej, jak Sonny Liston, Floyd Patterson, Archie Moore, Jack Dempsey, Witalij Kliczko, Władimir Kliczko, przyjdzie również czas na podsumowanie kariery Andrzeja Gołoty. Na koniec Steward wypowie się o kryzysie panującym od kilku lat w wadze ciężkiej i spróbuje znaleźć podobne przypadki w historii boksu.
WYCIECZKA PRZEZ HISTORIĘ WAGI CIĘŻKIEJ Z EMANUELEM STEWARDEM, CZ.1
WYCIECZKA PRZEZ HISTORIĘ WAGI CIĘŻKIEJ Z EMANUELEM STEWARDEM, CZ.2
- Jeśli Sonny Liston mógłby wcześniej spotkać się w ringu z Floydem Pattersonem i jeśli na jego drodze nie stanąłby Ali, to na ile wielkim pięściarzem byłby w opinii dzisiejszych ekspertów?
Emanuel Steward: Obserwowałem Sonny’ego Listona kiedy byłem dzieckiem i nigdy nie widziałem tak niszczycielskiej drogi do mistrzowskiego tytułu. Wyglądał bardzo groźnie w latach 1957-1959. Miał zwierzęcą wręcz siłę ciosów z obydwu rąk. Jednak chciał za wszelką cenę dotrzeć na szczyt i zaczął żyć jak bogaty człowiek. Stracił ten błysk, który posiadał w latach 57-59. Zaczął sporo pić, spędzać czas na polach golfowych, tracąc swoje najlepsze pięściarskie cechy. Wybrał komfortowe życie bezpiecznego człowieka.
Nagle pojawił się sprytny, młody zawodnik, bardzo dobrze ruszający się, ze znakomitym doświadczeniem amatorskim, regularnie boksujący. Złożyło się tak, że dla jednego z nich okres, w którym zmierzyli się na ringu był idealny, dla drugiego – fatalnym. Jeśli ta walka odbyłaby się w roku 1958 lub 1959, to najprawdopodobniej Liston zwyciężyłby, gdyż był wówczas prawdziwą niszczycielską maszyną. Wspaniale pamiętam jego walkę z Clevelandem Williamsem. Mój Boże!
- W latach 20. ubiegłego wieku Jack Dempsey decydował o tym, jak patrzyło się na boks. Czy jego niechęć do walki z niektórymi zawodnikami nie przysłoniła tego, co udało mu się dokonać?
ES: Wiem, że kiedy wspomina się o Dempseyu, to nie zalicza się go do największych. Postrzega się go raczej jako bohatera amerykańskiego folkloru. Jeśli popatrzymy na jego karierę, to zauważymy, że w jej czasie nie było dużo wielkich bokserów, dlatego krytykuje się go za unikanie walk. Myślę, że potyczki z Genem Tunneyem można w tym względzie zapisać mu na plus. Przyniosły mu one popularność, poza tym był mieszkańcem Nowego Jorku i cieszył się uwagą mediów. Należy do tych zawodników, których popularność rosła po odejściu z ringu. Mimo wszystko uważam, że walka z Tunneyem mogła być jego powodem do dumy.
W tamtym okresie zdołał znokautować Jessa Willarda, a walka ta była jedną z najbardziej brutalnych w historii boksu. Zwrócił na siebie uwagę całego świata, ponieważ nie był zbyt wysokim chłopakiem, a mimo to zdołał tak przekonująco wygrać, rzucając przeciwnika 6 lub 7 razy na deski. Następnie walka z Luisem Angelem Firpo, w której również rozprawił się z rywalem. W tamtym okresie mistrz świata w boksie popularnością dorównywał prezydentowi, szczególnie stawało się to udziałem „ciężkich”. Wydaje mi się, że Dempsey doczekał się największej sympatii nie ze względu na swoje zwycięstwa, ale dzięki przegranych walkach z Genem Tunneyem.
- Jaka jest Pańska opinia o Floydzie Pattersonie?
ES: Był dobrym zawodnikiem. Cechowała go wspaniała szybkość. Jednak raczej nie można go zaliczyć do największych pięściarzy, głównie dlatego, że nie miał zdolności przyjęcia ciosu. Oprócz tego, jego ludzie (Cus D’Amato) starali się unikać konfrontowania go z takimi zawodnikami, jak choćby Sonny Liston. Jeśli mówimy o jego szybkości i kombinacjach ciosów, to był zawodnikiem fenomenalnym. Nie walczył jednak z najlepszymi pięściarzami swojej ery, a przecież nie było ich tak dużo.
Jego sytuacja bardzo przypomina dzisiejszą. Był dobrym zawodnikiem, jednak jego popularność można wyjaśnić tym, że był mieszkańcem Nowego Jorku, a to miasto było wówczas niekwestionowaną stolicą światowego boksu, do czego przyczyniały się również media. Poza tym, Patterson był jednocześnie otwarty i skromny, dostępny dla wszystkich. Trudno go było nie kochać.
- Jak ocenia pan Archie'ego Moore’a? Czy miałby szanse zabłysnąć w innym okresie?
ES: Archie Moore byłby świetny w każdym okresie. Był pierwszorzędnym pięściarzem. Był bardzo mądry i przy swoich warunkach fizycznych był zadziwiająco gibki. Umiejętnie rozkładał swoje siły podczas walki, a bił bardzo pewnie. Mógłby z powodzeniem rywalizować w każdym czasie. Ustępował Pattersonowi, który był młody i nadzwyczajnie szybki oraz Marciano, niekwestionowanemu mistrzowi tamtego okresu. Niemniej powtórzę, Moore był bardzo dobry i na pewno był w stanie przewyższyć pięściarzy wagi ciężkiej lat 40.
- Andrzej Gołota jest wyraźnym przykładem utalentowanego zawodnika, który nie wykorzystał swoich wielkich możliwosci. Czy tacy jak Gołota mieliby większe szanse w innym okresie?
ES: Nie sądzę, aby kariera Gołoty potoczyła się inaczej w innej epoce. Gołota nie był mentalnym zwycięzcą, a dla mistrza jest to kwestia podstawowa. Wszyscy mistrzowie, o których rozmawiamy, byli silnymi i twardymi facetami. Weźmy dla przykładu Marciano i jego dwie kluczowe walki z Moore’em i Walcottem. Marciano padał, lecz zdołał się podnieść i wygrać. Mistrz powinien być silny przede wszystkim w środku, a Gołota był tym, który przegrywa.
Komentowałem walke, w której wyraźnie wygrywał z Michaelem Grantem. Gołota zwyczajnie dał sobie spokój, przestał boksować w momencie, kiedy trzeba było okazać twardość. Z Riddickiem Bowe umyślnie bił poniżej pasa, aby przerwano ten pojedynek. A walka z Tysonem? Myślę, że Mike włożył wszystkie siły w jej początek. Gołota musiał przetrzymać ten atak, a po trzeciej rundzie Tyson z pewnością zmęczyłby się. Zamiast walczyć, Gołota oświadczył trenerowi: „Nie chcę tej walki, idę do szatni” i poszedł sobie, a przecież dopiero co wyszedł na ring. Zachował się jak prawdziwy leniuch. Nie zdołałby nic osiągnąć w żadnym okresie, bo kiedy tylko sytuacja na ringu nie była dla niego dobra, to przestawał walczyć, nie zważając nawet na to, że prowadził na punkty.
- Witalij Kliczko odszedł od boksu na kilka lat, po czym wrócił i wywalczył mistrzowski pas. Czy Kliczko ma jeszcze czas, żeby zaliczyć go do grona wielkich mistrzów?
ES: Nie sądzę, żeby miał dużo czasu na osiągnięcie tego. Również dlatego, że jego największym zwycięstwem, jak sam przyznaje, jest porażka z Lennoxem Lewisem. Do tej pory nie dokonał niczego wybitnego. Problem tkwi w tym, że wokół niego nie ma pięściarzy, którzy mogliby się z nim równać i w przyszłości będzie się o tym mówić. Niemniej będzie się liczyło to, że wygrywał ze wszystkimi najlepszymi w danym okresie i panował przez pięć czy sześć lat. Będziemy musieli mu to oddać. Mimo wszystko uważam, że nie znajduje się w najlepszym położeniu, aby zostać jednym z największych mistrzów. Oczywiście, walki z Nikołajem Wałujewem czy Davidem Haye’em i zwycięstwa w nich będzie można uważać za największe zwycięstwa w jego karierze, lecz będzie potrzebował jeszcze minimum dwóch lat, aby zwyciężyć tych zawodników.
- A jakie miejsce przyznałby Pan zawodnikowi, z którym pracuje obecnie? Czy Władimir Kliczko zasługuje na to, aby zostać wpisanym do naszej listy wielkich mistrzów?
ES: Być może obecnie nie rozumiemy tego, co namacalne i nie do końca poprawnie oceniamy Władimira. Obserwuję to, kiedy czytam komentarze w Internecie, gdzie zarzuca się mu nadmierną ostrożność i jej podobne. Jednak potrzeba spojrzeć na jego bilans, gdzie ciągle zwiększa się liczba zwycięstw przez nokaut. Jest ciągle aktywnym pięściarzem i stopniowo zaczyna przekraczać tę granicę, która dzieli go od wielkich mistrzów. Póki co jeszcze jej nie przekroczył.
Niestety, istnieje tutaj problem braku wielkich walk, lecz jeśli utrzyma się na szczycie choćby w okresie dwóch najbliższych lat, to ma bardzo duże szanse stanąć w jednym rzędzie z największymi. Walka z Davidem Haye’em i zdecydowane zwycięstwo przez nokaut byłoby czymś, co jest niezbędne dla osiągnięcia tego celu. Takie zwycięstwo sprawiłoby, że ludzie zaczęliby inaczej go oceniać, zwracając uwagę na to, jak pracuje jego lewa ręka, jak silna jest jego prawa ręka. Wtedy nikt już nie powiedziałby, że ktoś może go pokonać, dlatego że na horyzoncie nie będzie już zwyczajnie nikogo, kto mógłby z nim wygrać. Niestety, walka z Haye’em może się w ogóle nie odbyć. Jedyne, co mu zostanie, to kontynuowanie dominacji i dalsze obrony swych pasów, co być może otworzy mu furtkę do grona największych.
W tej chwili Władimir dopiero zaczyna oswajać ludzi z myślą, że może być coraz lepszy. Jeśli uda mu się zachować tytuł w ciągu dwóch, trzech lat, to wszyscy oddzadzą mu to, co należne.
- Wielu kibiców mówi o tym, że waga ciężka przeżywa lata posuchy. Czy pamięta Pan podobną sytuację w Pańskiej karierze trenerskiej. Co zrobić, aby zmienić tę sytuację?
ES: Sądzę, że obecna kategoria ciężka jest najsłabsza spośród tych, które widziałem. Sytuacja jest o tyle gorsza, że w boksie amatorskim nie widać nikogo, kto mógłby ją wzmocnić. Niepokoi mnie to. Taka sytuacja wcześniej też się zdarzała, lecz zawsze był taki Foreman czy nawet bracia Kliczko. Lecz oni przyszli już w 1996 roku, a od tamtego czasu minęło 14 lat. Obecnie nie widzę nikogo, żadnych Kubańczyków lub Rosjan. Nie widzę przypływu nowych posiłków. Nie widzę warunków dla podwyższenia poziomu kategorii zarówno teraz, jak i w przyszłości.
Jeśli spojrzymy wstecz, to podobny problem mieli Joe Louis, Mike Tyson oraz Lennox Lewis. Jednak wówczas zawsze trafiali się dobrzy rywale, jak choćby Tony Galento, Pinklon Thomas, Shannon Briggs.
Obecnie sytuacja w kategorii jest najsłabsza. David Haye nieco poprawił sytuację, ale dokonał tego nie na ringu, a za pomocą języka, tworząc wokół siebie szum. Mam nadzieję, że sytuacja odmieni się, lecz póki co, w okresie najbliższych pięciu lat nie widzę ku temu żadnych przesłanek.
- Z kim spośród bokserów wagi ciężkiej pracowało się Panu najlepiej? Marzył Pan o trenowaniu kogoś jeszcze?
ES: Z tych, z którymi pracowałem, będą to Lennox i Władimir. Poza tym lubiłem Larry’ego Holmesa i George’a Foremana.
Zmieniony przez - fol w dniu 2010-08-08 13:30:12
Zmieniony przez - fol w dniu 2010-08-08 13:31:19