...
Witam
Tekst powstał przy pomocy Wilka.
No więc, jak pisałem poprzednio, środa zaczęła się od wybudzenia na betonowym podłożu. Tej nocy, kiedy byliśmy budzeni przez Wilka, widziałem po raz pierwszy objawy hipotermii (choć może nie do końca). Otóż obok mnie, po lewej stronie, rozłożony był chłopak, którego poznaliśmy na dworcu w drodze do Drawska. Wszedł do gry z dogrywki, pochodził ze Śląska. Z rozmowy z nim wynikało, iż wcześniej zaliczył selekcję do Lublińca. Nie chce rozsiewać plotek, bo nie wiem czy był/jest w zespole bojowym. Z tego co nam wspominał to operatorem w 1PSK już nie zostaje się za friko, „plecak” czy jak to tam nazwać tylko za dobre wyniki. Pod tym względem zmieniło się na korzyść Na pewno miał ogromne doświadczenie na tym polu, był dobrze spakowany (pomimo pożyczonego plecaka od kumpla z jednostki) i przygotowany. Zwróciłem także uwagę na jego buty, bo w porównaniu z moimi, tamte były całkiem wypasione na membranie Gore-tex. Przed Selekcją powiedział nam kilka istotnych kruczków dotyczących marszu, opowiadał o selekcji w PSK i takich różnych ******łach. Fajnie się tego słuchało.
Krótko przed trzepaniem plecaków, na tym wzgórzu, było jeszcze całkiem wesoło i spokojnie. Senior nawet przyciął komara w trawie, a chłopaki z Gryfina (różnie na nich później wołali: kokosy, nie mylić z koksami!, sprite i pragnienie, żwirek i muchomorem itp.), którzy trzymali się razem do końca słuchali wspólnie empetrójek! Gochu też bodajże wykorzystał plecak jak wygodnej poduszki bo ułożył się na prawym boku, z trawką w ustach, niedaleko Seniora. Jeszcze stamtąd wychodziły ostatnie smesy. Ogólnie sielanka.
Ja siedziałem z Tribem i kolegą ze Śląska. On pozbywał się batonów i częstował wszystkich dokoła. Było tego z 15 sztuk. Załapaliśmy się z Tribem na ten podwieczorek i od razu daliśmy mu ksywkę „Snikers”.
Tej nocy, po wilkowym przebudzeniu, Snikers trząsł się jak galareta. Telepało nim na boki, zresztą nie tylko jemu było zimno. Hipotermia to taki stan, w którym nie dajesz sobie rady z zimnem. Jeśli sobie z tym nie poradzisz to wiadomo jak może się to zakończyć. Mieliśmy szczęście tej nocy bo lekarz zajął się kimś innym z początku szeregu. Pomimo tego kryzysu na śniadanie doszliśmy w komplecie. Po śniadaniu marszobieg na rozgrzanie mięśni. Doszliśmy na teren psychola, a tam już czekali na nas instruktorzy. Nie wyglądało to za ciekawie.
Pada komenda wydana przez AK: „ Z zaniepokojeniem obserwuję pewną niedobrą tendencję. Nasze społeczeństwo obrasta tłuszczem. Plecaki na ziemię, Pierwszy szereg 5 kroków w przód i twarzą do siebie”. Nikt nie zadawał sobie nawet pytania, dlaczego mamy odpokutować grzechy społeczeństwa. Zaczęły się brzuszki.
Więc, obróciliśmy się do siebie bo każdy miał partnera, usiedliśmy na trawie i zaklinowaliśmy nogi jeden o drugiego. Ja robiłem to wraz z Bogusławem K.
Później, unosiliśmy nogi do góry i opuszczaliśmy je nad ziemię 10cm. Robiliśmy to dopóty, dopóki nie zaczęli wykruszać się ludzie. Zresztą jak na każdego Selekcjonera przypada jeden instruktor to nie ma mowy o jakimkolwiek oszustwie. Po jakimś czasie w tego typu zabawach zaczynają się jęki, stękania, gardłowe krzyki coś w rodzaju –ja chcę ale brzuch nie wytrzymuje. Robiłem to ostatkiem sił, zresztą nie wiem dlaczego dałem radę, dostałem ostrzeżenia. W tym miejscu kilka osób oddało opaskę. Ostatni, który walczył do końca był Snikers. Niestety instruktor postawił na swoim.
Często osoby, które nie były na poligonie, mnie pytają: Ile zrobiliście pompek na pomoście, brzuszków, podciągnięć itd.? Na to pytanie niestety nie odpowiem. Na Drawsku wszystko wygląda inaczej. Tu raczej prawidłowe pytanie dotyczyłoby czasu spędzonego na owych konkurencjach. Na brzuszkach mogliśmy być od 20 do 35 minut, może nawet dłużej. Kompletnie w takich momentach traci się rachubę czasu.
Po tej konkurencji, już w pomniejszonym składzie zaczął się na przemian bieg i marsz, prowadził Zygi, który urozmaicał owy marszobieg tzw. sejkenami. Do tej pory mam blizny na kostkach.
W ten sposób, po długim czasie doszliśmy na Jaworze gdzie czekały na nas pontony. Podzielono nas na grupy po 4-5 osob według wzrostu i przydzielono do odpowiednich pontonów. Musieliśmy zanieść je na brzeg skąd startowaliśmy na oddaloną 300-500 metrów wyspę. W trakcie transportu zgubiłem czapkę i gdyby nie dziewczyna to pożegnałbym się z imprezą tego dnia. Jeszcze na brzegu otrzymaliśmy wyraźną instrukcję. Po dopłynięciu na wyspę macie 2 godziny ażeby się zamaskować i ukryć. Po tym czasie przypływają instruktorzy i was szukają. Osoba znaleziona dostaje oczywiście minus. Nie powiedziano nam, że wyspa jest wielkości zaledwie 40X40 metrów cała zakrzaczona, a jej jedyni goście to upierdliwe komarzyska i mrówki. Pogoda się zmnieniała.
Rożnie się ludziska poukrywały. Wykorzystano przybrzeżną wodę, dziury w ziemi, kszaczory i drzewa. Ja wszedłem pod pokrzywy i przykryłem się liśćmi. Ukrycie zajęło ok. 30 min. W tak zastygniętych pozycjach czekaliśmy na przybycie tropicieli.
Ktoś z drzewa krzyknął: „Płyną”. W końcu są. Na wyspie zrobiła się cisza.
Nikt z „ukrytych” nie sądził, że ziści się najgorszy scenariusz z możliwych. Mieliśmy totalnego pecha – zaczęło padać. Z każdą chwilą waliło z nieba coraz mocniej. Mnie znaleziono stosunkowo szybko, wytropił mnie łysy lekarz. Chyba się na mnie uparł, postawił sobie za punkt honoru, że nie dopuści mnie do finału. Zresztą miałem z nim kilka innych przygód, które opisze w dalszej części. Pomyślałem sobie, że dobrze się stało bo nie musze leżeć na ziemi i moknąć, a i tak byłem całkowicie przemoczony. Nie miałem ani jednej suchej rzeczy za wyjątkiem koszulki z długim rękawem spakowanej w zip-bagu. Wyszarpałem mój plecak z krzaków i modliłem się o śpiwór. Jeśli jest przemoczony to już jest po mnie, przecież pozostały jeszcze dwie noce, a może trzy.
Osoby, które zostały znalezione ustawiono na brzegu i kazano czekać na pontony. Rozpadało się na dobre. Nie widziałem brzegu po drugiej stronie. Zamokły nawet kamery i wojskowa petarda. W tym momencie AK kazał natychmiast przerwać „zabawe”, był wyraźnie podenerwowany. Gdyby dodatkowo zaczęło błyskać, to bodajże helikoptera użyto by do transportowania selekcjonerów do pobliskiego szpitala a nie do skoków. Duża część siedziała jeszcze na drzewach!!! Nie było wcale śmiesznie. Wyraźnie powiedziano na brzegu, iż zakończenie będzie w momencie wybuchu petardy. Ci na drzewach nie reagowali na krzyki i nawoływania instruktorów. Petarda wciąż nie odpalała. Na szczęście mieli 2 sztuki. Wszystko zakończyło się dobrze.
Osobiście miałem wtedy potężny kryzys. Mokro, pada i ta perspektywa spędzenia nocy pod gołym niebem. Dużo nie brakowało. Tutaj pożegnałem się z ddardo. Po jego odejściu morale miałem bardzo niskie, totalnie opuściła mnie wola walki. Teraz z forum pozostaliśmy tylko we dwoje, ja i Wilk.
Na brzegu zlitowano się nad nami. Dostaliśmy ciepłą kaszę i rozpalono ognisko. W sumie nie wiem po co było to ognisko, padało przecież jeszcze mocniej. Po „wyspie” zrezygnowało najwięcej osób na selekcji. Teraz pozostało nas już ok. 36 osób.
Dzień się jeszcze nie zakończył……