Tydzień 3
Najmniej udany, ze względu na szaleństwo związane z nagłą poprawą pogody. W mojej pracy produkujemy i dostarczamy rośliny i artykuły ogrodnicze do sieci handlowych. No i ten kwiecień i początek maja, były jakie były, deszcz, zimno, nieprzyjemnie. Sklepy zamawiały, bo były gazetki, ale ludzie w sklepach kupowali słabo, więc te zamówienia były tylko na poziomie do którego obligowała rezerwacja, nic ponad. I nagle, mniej więcej dziesięć dni temu się ruszyło.
Oczywiście sezon udany i tak nie będzie, ale póki świeci słońce i są ciepłe noce, spływają zamówienia, więc minimalizujemy straty. Co za tym idzie, ta sprzedaż, która normalnie rozłożyłaby się na 6-7 tygodni, musi się zmieścić w trzech, bo tamte już przepadły. No i efekt tego taki, że trzeba pracować dłużej i intensywniej.
No dobra, do rzeczy.
Dużo pisania nie ma. Dietetycznie tydzień stracony, mniej więcej na zero. Średnia kaloryczność 2684 kcal, ale pewnie czegoś nie dopisałem, więc zakładam, że mogła się otrzeć o 2800-2900kcal.
Trening tylko niedzielny, 10km biegu w plenerze i 2 godziny spiningu, bo polazłem na siłownię, ale jakiś taki byłem zniechęcony, że tylko na rower miałem wenę.
Supli nie było.
Sukcesów w życiu osobistym też nie. ;)
Waga, zgodnie z przewidywaniami, nie spadła. :(((
