Siemaaaa...
Nie było mnie tu i nie było.
Ale już nadrabiam, piszę co było i dlaczego tak źle.
Ostatnią wpis był z poprzedniego czwartku 20.
A więc tak:
W tamten czwartek wieczorem zrobiłem trening, który wyglądał tak:
TRENING:(w domu, więc tylko na moich hantlach)
BICKI:
1.Uginanie ze sztangielką(trzymaną jak sztanga)
15x15x15
2.Uginanie stojąc
10x10 zaczynałem od lewej ręki, bo jest słabsza
3.Uginanie o kolano
10x10 również od lewej ręki
4. Młotki
15x15x15 Ostatnią serie (chyba tylko ostatnią), lewej ręki nie opuszczałem tylko trzymałem cały czas w napięciu, jak pracowała prawa, paliło jak diobeł
PIĄTEK:
o ile rano jeszcze jedzenie wyglądało okej, kasza z kurczakiem wleciała, potem pojechałem do domu. na obiad była jakaś zupka, kolacji nie pamiętam, ale źle raczej też nie było. a może i było, nie wiem.
SOBOTA:
w sobotę trochę popracowałem, ale nie zdążyłem posprzątać siłowni i zrobić treningu. czyli dupa. wieczorem 18, tam zjadłem ładnie kolacyjkę, mięsko, frytki, surówki. A potem się zaczęło, uległem ciastom, chipsom, słodkim napojom, do tego dorzuciłem ponad paczkę fajek. nie piłem, ale jak widać nic to nie dało.
NIEDZIELA
śniadania nie pamiętam, na obiad gołąbki, na kolacje wleciał cheesburger i małe frytki (ale zdrowo!), nie pamiętam czy później coś jeszcze (to było koło 20)
I tak oto skończył się ten straszny weekend, za który odpłacam, z nawiązką jak uważam. W piątek rano, waga pokazała 108.2, tak mi się wydaje, że to było w piątek.
Na ten post tyle.
Nie było mnie tu i nie było.
Ale już nadrabiam, piszę co było i dlaczego tak źle.
Ostatnią wpis był z poprzedniego czwartku 20.
A więc tak:
W tamten czwartek wieczorem zrobiłem trening, który wyglądał tak:
TRENING:(w domu, więc tylko na moich hantlach)
BICKI:
1.Uginanie ze sztangielką(trzymaną jak sztanga)
15x15x15
2.Uginanie stojąc
10x10 zaczynałem od lewej ręki, bo jest słabsza
3.Uginanie o kolano
10x10 również od lewej ręki
4. Młotki
15x15x15 Ostatnią serie (chyba tylko ostatnią), lewej ręki nie opuszczałem tylko trzymałem cały czas w napięciu, jak pracowała prawa, paliło jak diobeł
PIĄTEK:
o ile rano jeszcze jedzenie wyglądało okej, kasza z kurczakiem wleciała, potem pojechałem do domu. na obiad była jakaś zupka, kolacji nie pamiętam, ale źle raczej też nie było. a może i było, nie wiem.
SOBOTA:
w sobotę trochę popracowałem, ale nie zdążyłem posprzątać siłowni i zrobić treningu. czyli dupa. wieczorem 18, tam zjadłem ładnie kolacyjkę, mięsko, frytki, surówki. A potem się zaczęło, uległem ciastom, chipsom, słodkim napojom, do tego dorzuciłem ponad paczkę fajek. nie piłem, ale jak widać nic to nie dało.
NIEDZIELA
śniadania nie pamiętam, na obiad gołąbki, na kolacje wleciał cheesburger i małe frytki (ale zdrowo!), nie pamiętam czy później coś jeszcze (to było koło 20)
I tak oto skończył się ten straszny weekend, za który odpłacam, z nawiązką jak uważam. W piątek rano, waga pokazała 108.2, tak mi się wydaje, że to było w piątek.
Na ten post tyle.








