Na Selekcji ciągle trzeba coś robić. Po „Śmigle” czekaliśmy na resztę ludzi kończących zadanie. My, tzn. moja grupa, ściągaliśmy mokre pianki i przygotowywaliśmy się do wymarszu. Dalszą drogę zaczynaliśmy z lotniska. Tego dnia czekało nas przenikanie i jeszcze jedno „mokre” zadanie, o czym przecież nie mogliśmy wiedzieć. Po przybyciu 3 grupy selektów, AK dokonał amnestii. Dzięki „dobremu sercu” trójka wyczytanych mogła pozostać w grze. Źle obliczono trasę przelotu, osoby wyskakujące na końcu miały dłuższą drogę do przepłynięcia, grubo ponad 300 metrów.
Będąc w środku Mi-8 nie czułem strachu, to było nieco inne wrażenie. Odczuwałem, że jestem raczej bezpieczny, bo na dole nie ma Stingerów, a ja nie jestem w Afaganistanie.
Huk, wiatr i adrenalina. Wyskoczyłem jako czwarty i momentalnie wypłynąłem na powierzchnię. Podmuch wirnika nie pozwolił mi na spokojne płynięcie. Nabrałem kilka łyków wody, jedynym plusem tego było to, że ugasiłem pragnienie. Trzeba tylko wejść po pontonach na pomost i ułożyć puzzle. Pestka.
Po przepłynięciu dystansu prawie na maxa nie mogłem wdrapać się na pomost. Wyprzedziły mnie przy tym dwie osoby, które dopłynęły po mnie. W tym momencie puściłem wiązankę i zacząłem trochę panikować. Dopiero za 3-ą próbą wypełzłem na pomost i podbiegłem do układanki. Tu stosunkowo szybko, pierwszy bądź jako drugi, uporałem się z łamigłówką. Pracuję naukowo, tym razem to był mój atut. Stanąłem w szeregu i przyglądałem się klęczącym osobom niemogącym poradzić sobie z puzlami. To były czarne klocki z wyraźnym napisem SELEKCJA. Analizowałem w głowie przepłynięty dystans. Dlaczego tak słabo popłynąłem, dlaczego nie mogłem wejść na pomost? Dopiero na zdjęciu zamieszczonym na stronie
Combat 56 widać, że mam rozpiętą piankę na plecach. Zle ją zapiąłem, wiszący sznurek przeciągnąłem nad a nie pod rzepem. W trakcie płynięcia suwak poprostu się zsunął na dół. Pierwszy raz miałem coś takiego na sobie. Sprawa się wyjaśniła.
Ci, którzy nie wiedzą jak wygląda pianka to niech idą do pierwszego lepszego sklepu dla nurków i poćwiczą wkładanie tego cuda w przymierzalni. Na Selekcji nie będzie zbyt wiele czasu. Oszczędzą sobie nerwów. Teraz bym tak zrobił.
Teraz szliśmy w głąb poligonu. Krajobraz był iście stepowy. Same niewysokie krzaki po horyzont. Zaczęło się przenikanie w parach.
Zygi nadał ostre tępo a my trzymaliśmy się swoich dwójek.
Zadyszani skończyliśmy wędrówkę na środku tego stepu. Krótko po marszu podjechał na quadzie, akurat do mnie, jeden z lekarzy. Nie był to Krzysztof P. Zagaił do mnie, pewnie dlatego że byłem najbardziej zadyszany: Ostrym tonem zapytał - Co jest przed czternastką? Ja wymownie spojrzałem na niego, bo nie zrozumiałem. On powtórzył pytanie. Jeszcze trochę się zastanawiałem, ale w końcu dałem radę i odpowiedziałem: trzynaście!! Niby proste, ale miałem problem.
Później wszyscy chłopacy mieli z tego polewkę do końca imprezy, szczególnie Ci z Gryfina. Co jakiś czas zadawali mi podobne pytania. Było śmiesznie, przynajmniej nie myśleliśmy o zatartych stawach, poobdzieranych plecach i odparzonych stopach.
Skuto nas kajdankami, plastik zaciśnięty na nadgarstkach. Takie same mieli operatorzy skuwający Irakijczyków na UmQasr. Każdy chciał być ze swoim kumplem ale oczywiście wystąpiły problemy z pokryciem dwuszeregu i w sumie nikt nie był z tym kim chciał. Wyjątek stanowili „Sprite” i „Pragnienie”, oni zawsze są razem.
Ustawiono mnie razem z Gabrielem S. Doznałem lekkiego szoku. Dlaczego? Jego plecak stanowił problem. To był prawdopodobnie jakiś Campus typu „komin” czego efektem było wystawanie komina ponad jego głowę. Na końcu komina zaczepiona była alumata!!! Srebrna, błyszcząca alumata. Nie dość, że sreberko spełniało rolę błyszczka to dodatkowo przyczepił rozpakowana folię NRC do boku plecaka. Piękny zestaw na ukrywanie.
Jeśli oglądaliście film „Pan Kleks w kosmosie” to zapewne pamiętacie ujęcie w którym dzieci dolatują do szkoły na tornistrach z wirniczkiem wysuniętym wysoko ponad linię głowy. Podobny plecak miał Gabi. Każdy na moim miejscu by się podłamał bo jak mieliśmy się ukryć na tym stepie? Dodatkowo nad głowami krążył helikopter podając jednocześnie koordynaty przez krótkofalówki do ścigających nas instruktorów.
Do tego zadania dojechało ok. 8 quadów z świeżymi instruktorami. To oni robili za psy gończe. Dodatkowo w różnych punktach porozstawiani byli inni, z lornetkami i „łoki-toki”. Startowali 30s po nas. Jeśli cię złapią 2x – odpadasz, przekroczysz limit 2godz. – odpadasz, zgubisz się- odpadasz.
„Step” to nie jest pole golfowe. To jest murawa kserotermiczna (taki typ krajobrazu) porośnięta kłującymi jeżynami, młodymi świerkami i sosnami oraz pokrzywami. Teren był nieco pofałdowany ograniczony po bokach lasem. Stojąc tak czekając na sygnał startu, patrzyłem na ledwo widoczny samochód do którego mieliśmy dotrzeć. Spoglądam w lewo i widzę Sęderka, patrzę w prawo a tu Gabriel ala „Pan Kleks”, odwracam się do tyłu a tam 8 ryczących quadów.
Po skuciu nas kajdankami już nie miałem możliwości ubrania długich spodni. Pozostałem w krótkich leginsach. Przede mną kępy jeżyn.
Mój partner miał zacięcie w oczach, przy czym był bardzo spokojny i zrównoważony. Wystartowaliśmy jak na zawodach. Sunęliśmy dość ostrym tempem, nie mieliśmy ustalonej taktyki.
Zasadniczo są jej trzy rodzaje. Pierwsza – zasuwasz ile fabryka dała, druga – łączysz podchody z ukrywaniem się, trzecia – „pod latarnią najciemniej”.
Po kilkunastu minutach przebijania się, jęzor już miałem wywalony do pasa jak rasowy wilczur. Partner mnie mobilizował. To właściwie dzięki niemu dotarliśmy na miejsce jako pierwsza dwójka bez żadnego przyłapania.
Po nas przyszły kolejne pary. Jedna z dziewczyn, która była w parze z „Pływakiem” rozcięła sobie nogę i broczyła krwią, a moje piszczele i łydki wyglądały jakbym włożył je w tarkę. Gabriel miał tak samo poharatane nogi.
W momencie rozjechania się quadów po terenie, Panowie z Gryfina szli jedyną, główną drogą szutrową przechodzącą przez środek stepu do wyznaczonego celu. Dotarli bez uszczerbku na zdrowiu, cali zdrowi i uśmiechnięci. Postawili na metodę „pod latarnią najciemniej”.
Po przenikaniu odpadły 2 pary.
Skuci ruszyliśmy dalej z jedna ręką przywiązana do partnera. Brak możliwości poprawienia plecaka, tudziesz sięgnięcia wody. Wszyscy Ci, którzy mieli camellbagi byli w lepszej sytuacji. Podczas marszu Sęderek nie dał możliwości postoju i poprawienia oporządzenia, tak więc wielbłądy to były najlepsze rozwiązania. Po kilku godzinach doszliśmy do pomostu, skąd zabierano nas na motorówkę. Z motorówki skok do wody, podpłynięcie pod ponton, policzenie sześcianów i wyjście na brzeg. Po tym interwałowym zadaniu byłem już zmęczony. Z pomostu ruszyliśmy dalej w drogę. Prowadził Sęderek.
Idąc kilkadziesiąt kilometrów w monotoni robisz wszystko ażeby nie ześwirować. JA mam technikę patrzenia na nogi osoby idącej przede mną. Cały czas ma głowę spuszczoną w geście pokory.
Chłopak idący przede mną to był dopiero egzot. Idąc różne myśli kłębiły mi się w głowie. „Co to jest za kretyn, masochista, samobójca” i takie tam różne. Wyzywałem ale jednocześnie podziwiałem tego gościa dlatego że szedł w ...tenisówkach. Rozumiem założyć tenisówki na forsowanie bagna, założyć na noc do śpiwora ale maszerować w nich i to całą selekcję, tego nie mogłem pojąć. Nie dawałem mu szans, wcześniej czy później odpadnie z powodu pęcherzy. Jak się okazało było zupełnie na odwrót.
Ta osoba, nie dość, że ukończyła selekcję to ją wygrała. Gościu jeśli to czytasz, to wiedz że masz u mnie wielki szcuneczek za te tenisówki. Powinieneś dostać Oskara za odwagę. Chylę czoło.
Szliśmy takim ostrym tempem dobrych kilka godzin. Zrobiliśmy ponad 40 km. z jedną krótką przerwą trwającą zaledwie 2 min. Dostaliśmy wolne bo ktoś zgubił czapkę i Sęderek chciał z nim pogadać o zgubie. Skończyliśmy późno w nocy. Po tym marszobiegu każdy w milczeniu układał się spać. Nikt się do nikogo nie odzywał. Zniknął nawet uśmiech z twarzy u chłopaków z Grifina. Podobno ten były żołnierz nie chodzi już tak, jak 13 lat temu. To właśnie po tym marszu Sęderek dostał ksywę „Kanalia”.