"....Kwadrans po projekcji emocje łamały mi głos. Ten film nie daje mi spokoju...."
"Moja krew", rewelacyjny debiut Marcina Wrony - gorąco ten film polecam, odznaczony już nagrodami, z rewelacyjnymi kreacjami Eryka Lubosa i uczestnictwem w roli trenera legendarnego Marka Piotrowskiego.
"....„Kiedyś usłyszałem na planie: »Panie Eryku, pan jest nieformatowalny«.
Za mocny do telewizji, zbyt wyrazisty w kinie" - mówi Łukaszowi Maciejewskiemu Eryk Lubos, uhonorowany 7 grudnia Nagrodą im. Zbyszka Cybulskiego za główną (wreszcie!) rolę w „Mojej krwi" Marcina Wrony - na ekranach kin od 5 lutego.
Łukasz Maciejewski: Rzucasz się w oczy. Trudno cię pomylić.
Eryk Lubos: Mówią, że wyglądam jak Rusek, Niemiec albo Irlandczyk. Że taką mam facjatę. Ktoś napisał: „Lubos - piękny inaczej", ktoś inny - „gość od zadań specjalnych".
ŁM: A ty, co myślisz o sobie?
EL: Że może dzięki tej mordzie dłużej popracuję w zawodzie. Dlaczego wszyscy muszą wyglądać podobnie?
ŁM: Nie muszą. Skądinąd chętnie bym cię zobaczył ekstra ufryzowanego, w wypasionym garniaku.
EL: Zaraz ci się przebiorę.
ŁM: Teraz, tutaj?
EL: No tak, siedzimy w garderobie TR (Teatr Rozmaitości w Warszawie - przyp. ŁM), za tobą wiszą mundury, garnitury, cekiny, błyszczące spodnie… Chcesz?
ŁM: To może jednak po wywiadzie…
EL: Ok, będziesz zaskoczony (śmiech). A serio: mnie to również wkurza. Wiadomo, jak wyglądam, kogo zagram. Dlatego, kiedy czytam w „Filmie" twoje aktorskie rankingi, to opanowuje mnie pusty śmiech. Frazesy, epitety, piękne słówka. A prawda jest taka, że nikt w polskim kinie nie chce obsadzać Lubosa w eleganckim mundurku, nikt nie tęskni za tym, żebym recytował wiersze. Bo mam być groźny.
ŁM: Jesteś groźny?
EL: No chyba żartujesz. Boisz się mnie?
ŁM: Nie, ale ja z reguły nie boję się rozmówców. Jak nie mam na to ochoty, to nie robię wywiadu. A z tobą bardzo chciałem się spotkać.
EL: Mam ci za to podziękować?
ŁM: Jeżeli chcesz… (śmiech). No dobrze, a zagrałeś kiedykolwiek w komedii romantycznej?
EL: Tak, w jednej: „Jak żyć?". Ale nie oglądałem. Nie wiem, jak wyszło.
ŁM: To nie była wcale komedia romantyczna. Bardzo ponury film, ani razu się nie uśmiechnąłem. Natomiast, owszem, był sprzedawany jako komedia.
EL: W takim razie moja odpowiedź brzmi: nie, nie zagrałem w żadnej komedii romantycznej.
ŁM: A miałbyś ochotę?
EL: Mogę sobie chcieć. Kiedyś usłyszałem na planie: „panie Eryku, pan jest nieformatowalny". Za mocny do telewizji, zbyt wyrazisty w kinie. I nie dość popularny, żeby można było na mnie zarobić duże pieniądze.
ŁM: Bez uprzedzeń: ja również nie wyobrażam sobie Eryka Lubosa w telenoweli.
EL: Podobno dwa-trzy dni zajmuje realizacja jednego odcinka. Pytam: jak to możliwe? W serialach wszystko przychodzi łatwo, a ja jestem facetem z „motorem diesla", długo się rozgrzewam. Ale jak się już rozgrzeję, to pracujący ze mną reżyser może być stuprocentowo pewny, że dam
z siebie maksymalnie dużo. Ciało, duszę, energię. W pracy jestem jak Dymitr Karamazow - lecę głową w dół. To gra o wszystko, żadnych ochraniaczy. Dla dobra filmu czy spektaklu idę po bandzie: ostateczny cel, czyli udane przedstawienie albo mądry film, jest nadrzędny. Ważniejszy od prywatnych ambicji i egocentryzmu. A grając w serialu, na pewno nie miałbym czasu, żeby się rozpędzić, przygotować, coś przepracować. Telenowelowy ekspres pomyka zdecydowanie za szybko. A szybko to może być seks - w pociągu.
ŁM: W polskim PKP? - a fe...
EL: A fe! Brudna telenowela. Z paprochami na podłodze.
ŁM: Twoja osobowość jest organicznie związana z mową ciała. Mówiąc o serialach, wstałeś z fotela, zacząłeś gestykulować. Myślę, że to również przyciąga do ciebie ludzi: widzów, dziennikarzy. Wiemy, że z Lubosem nie będzie nudno.
EL: Ja jestem chłopak ze Śląska. I od dziecka byłem wychowywany w etosie pracy. Na Śląsku liczy się tylko praca. Najlepiej od rana do wieczora. Zanim zagrałem w pierwszym filmie i pojawiłem się w Warszawie, robiłem dziesiątki rzeczy. Żeby utrzymać się w zawodzie, tyrałem w Holandii przy taśmie produkcyjnej. We wrocławskim Teatrze Współczesnym, w którym dostałem pracę zaraz po skończeniu studiów, co było absolutnym spełnieniem moich marzeń, pracowałem w teatrze non stop. Zdarzały się miesiące, kiedy występowałem codziennie.
ŁM: To było we Wrocławiu. Trochę za daleko...
EL: Wydział Aktorski we Wrocławiu był zawsze uważany za ubogiego krewnego Krakowa. Typowy oddział zamiejscowy. Ale w ostatnich latach uzbierałoby się co najmniej kilka nazwisk ludzi „po Wrocławiu", którzy mocno zaznaczyli swoją obecność: Fraszyńska, Preis, Baka, Więckiewicz, Jakus, Gonera…
ŁM: Lubos… Tuż po skończeniu studiów zagrałeś we Wrocławiu wiele świetnych ról teatralnych - m.in. Lowkę w „Zmierzchu" Babla, Billy’ego w „Kalece z Inishmaan" McDonagha, Jajo w „Zwycięstwie" Berkera, Merkucja w „Romeo i Julii" Szekspira czy Alexa w „Nakręcanej pomarańczy" Burgessa.
EL: Tylko kto o tym pamięta? Większość widzów zaczęła mnie kojarzyć dopiero od roli Bogusia w „Made in Poland" Przemka Wojcieszka w teatrze legnickim, albo od Leszka „Yubego" w pierwszym „Oficerze", a przecież zanim pojawiłem się w Warszawie, zrobiłem sto innych rzeczy. Dlatego nie mów mi, proszę, że staram się uwodzić dziennikarzy, kogokolwiek kokietuję, albo że szykuję ekstra atrakcje w wywiadach. Ja za******lam. I bardzo to lubię.
ŁM: Nie myślałem o „uwodzeniu" dziennikarzy, chodziło mi raczej o twój temperament.
EL: Kiedy dostałem się do PWST, od razu poczułem, że nie jestem akceptowany przez niektórych profesorów. Byłem inny, kanciasty, nie pasowałem do ich wyobrażeń. Dlatego musiałem pracować podwójnie, ponad siły: żeby udowodnić im oraz przede wszystkim sobie, że się jednak nadaję. Znamienne, że z mojego roku wywiało wszystkich prymusów albo śliczne i leniwe dziewczęta marzące o serialach i piktorialu w „Vivie". Zniknęli. A ja zostałem. Jestem i się nie dam. Jeszcze wam pokażę!
ŁM: To może być nokaut, bo przy okazji premiery „Mojej krwi" dowiedzieliśmy się, że od lat boksujesz. I to ostro. W takim razie, może „zasłużysz" na wymuskaną sesję w „Gali" w nowiutkich rękawicach
bokserskich?
EL: Daj spokój, to już zużyte. Co czwarty aktor chwali się, że boksuje i strzela sobie foty na ringu. Niestety, niektórych panów widziałem na treningach - niewiele mają wspólnego z boksem, poza tymi zdjęciami. Nie jest dobrze (śmiech).
ŁM: Przed wywiadem rozmawialiśmy o Mickeyu Rourke, byłem zaskoczony, kiedy opowiadałeś mi, że nawet w latach tak zwanej bokserskiej świetności z „Rurka" był cienias.
EL: Wszystko jest na YouTube. Jeżeli znasz się na boksie, będziesz wiedział, że to była jedna wielka ściema. Prawie niczego nie potrafił.
ŁM: „Moją krew" niektórzy porównują z „Zapaśnikiem", a granego przez ciebie Igora z Randym Robinsonem Rourke’a.
EL: Czasami tak bywa, że podobne pomysły rodzą się jednocześnie w kilku miejscach. „Zapaśnik" trafił na ekrany, kiedy nasz film był w montażu. Zresztą „Zapaśnik" mówi o czymś innym niż „Moja krew". Darren Aronofsky przede wszystkim chciał zajrzeć pod podszewkę „amerykańskiego mitu". Pokazał wrestling bez Photoshopa. I zrobił to wspaniale, a Rourke zagrał genialnie. Nie zmienia to jednak faktu, że bokser z niego żaden. Ani dzisiaj, ani kiedyś.
ŁM: A z ciebie?
EL: Nie wyszedłem z formy. Boksowanie jest dla mnie ważne. Znajomi pytają - skąd we mnie tyle energii? Wielu podejrzewa, że wciągam amfę, a ja po prostu łażę na treningi i trzymam wagę.
ŁM: Zadam ci bardzo naiwne pytanie: nie boisz się że ktoś ci w końcu rozkwasi nos?
EL: Nie, bo ja się urodziłem bez przegrody. Mam krótki nosek, jestem ustawiony genetycznie.
ŁM: Czy masz przygotowane barwne historie na temat twojej kariery bokserskiej? Bardzo by ci się przydały właśnie teraz, w czasie promocji filmu.
EL: „Moja krew" jest wystarczająco ciekawą historią. Nie muszę opowiadać pierdół.
ŁM: Kiedy zacząłeś boksować?
EL: Na studiach. W momencie, kiedy uświadomiłem sobie, że zaczynam myśleć o sobie w kategorii „artysta"; że w dupie mi się przewraca - śląska, robolska dusza podpowiedziała mi: „zrób coś z tym, bo zwariujesz". I poszedłem na ring.
ŁM: Tak po prostu?
EL: Nie, wcześniej był Wsiewołod Meyerhold, twórca współczesnego teatru rosyjskiego. Pisałem o nim pracę dyplomową. W książce o Meyerholdzie, którą zresztą sam przetłumaczyłem, bo nie ukazała się
w Polsce drukiem, znalazłem ustęp, w którym ten wybitny teoretyk teatru metodycznie wskazywał, że boks jest dla aktora niezbędny. Znalazłem bardzo merytoryczne uzasadnienia, które ostatecznie przekonały mnie do boksu. Poszedłem na pierwszy trening do Leszka Strasburgera, potem na kolejne. Oczywiście, nikomu nie przyznałem się, że studiuję w szkole aktorskiej.
Szybko się uczyłem, trenerzy chcieli mnie włączyć do eksportowego zespołu Gwardii Wrocław, jednak nieoczekiwanie mój drugi trener, Zygmunt Gosiewski, przyszedł na spektakl Piotra Cieplaka. Miałem tam długi monolog z „Księgi Eklezjasty". Podawałem tekst całym sobą, pot kapał ze mnie wiadrami, byłem jak w transie. Po przedstawieniu usłyszałem jednak, że nie mogę boksować zawodowo, żadnych sparingów. Gosiewski nie miał wątpliwości, gdzie jest moje miejsce...."
Powyższy wywiad z magazynu "FILM".
Pozdrawiam.
http://www.plejada.pl/109660,0,tylko_u_nas,najnowsze,1,igor_zniszczyl_mi_zycie_eryk_lubos_o_roli_w_filmie_moja_krew,wideo.html
http://www.stopklatka.pl/wydarzenia/wydarzenie.asp?wi=50778
http://cjg.gazeta.pl/cjg_trojmiasto/1,93948,7056288,Film_Marcina_Wrony__to_takze_moja_krew.html
Zmieniony przez - Urke w dniu 2010-01-26 19:59:19
"Moja krew", rewelacyjny debiut Marcina Wrony - gorąco ten film polecam, odznaczony już nagrodami, z rewelacyjnymi kreacjami Eryka Lubosa i uczestnictwem w roli trenera legendarnego Marka Piotrowskiego.
"....„Kiedyś usłyszałem na planie: »Panie Eryku, pan jest nieformatowalny«.
Za mocny do telewizji, zbyt wyrazisty w kinie" - mówi Łukaszowi Maciejewskiemu Eryk Lubos, uhonorowany 7 grudnia Nagrodą im. Zbyszka Cybulskiego za główną (wreszcie!) rolę w „Mojej krwi" Marcina Wrony - na ekranach kin od 5 lutego.
Łukasz Maciejewski: Rzucasz się w oczy. Trudno cię pomylić.
Eryk Lubos: Mówią, że wyglądam jak Rusek, Niemiec albo Irlandczyk. Że taką mam facjatę. Ktoś napisał: „Lubos - piękny inaczej", ktoś inny - „gość od zadań specjalnych".
ŁM: A ty, co myślisz o sobie?
EL: Że może dzięki tej mordzie dłużej popracuję w zawodzie. Dlaczego wszyscy muszą wyglądać podobnie?
ŁM: Nie muszą. Skądinąd chętnie bym cię zobaczył ekstra ufryzowanego, w wypasionym garniaku.
EL: Zaraz ci się przebiorę.
ŁM: Teraz, tutaj?
EL: No tak, siedzimy w garderobie TR (Teatr Rozmaitości w Warszawie - przyp. ŁM), za tobą wiszą mundury, garnitury, cekiny, błyszczące spodnie… Chcesz?
ŁM: To może jednak po wywiadzie…
EL: Ok, będziesz zaskoczony (śmiech). A serio: mnie to również wkurza. Wiadomo, jak wyglądam, kogo zagram. Dlatego, kiedy czytam w „Filmie" twoje aktorskie rankingi, to opanowuje mnie pusty śmiech. Frazesy, epitety, piękne słówka. A prawda jest taka, że nikt w polskim kinie nie chce obsadzać Lubosa w eleganckim mundurku, nikt nie tęskni za tym, żebym recytował wiersze. Bo mam być groźny.
ŁM: Jesteś groźny?
EL: No chyba żartujesz. Boisz się mnie?
ŁM: Nie, ale ja z reguły nie boję się rozmówców. Jak nie mam na to ochoty, to nie robię wywiadu. A z tobą bardzo chciałem się spotkać.
EL: Mam ci za to podziękować?
ŁM: Jeżeli chcesz… (śmiech). No dobrze, a zagrałeś kiedykolwiek w komedii romantycznej?
EL: Tak, w jednej: „Jak żyć?". Ale nie oglądałem. Nie wiem, jak wyszło.
ŁM: To nie była wcale komedia romantyczna. Bardzo ponury film, ani razu się nie uśmiechnąłem. Natomiast, owszem, był sprzedawany jako komedia.
EL: W takim razie moja odpowiedź brzmi: nie, nie zagrałem w żadnej komedii romantycznej.
ŁM: A miałbyś ochotę?
EL: Mogę sobie chcieć. Kiedyś usłyszałem na planie: „panie Eryku, pan jest nieformatowalny". Za mocny do telewizji, zbyt wyrazisty w kinie. I nie dość popularny, żeby można było na mnie zarobić duże pieniądze.
ŁM: Bez uprzedzeń: ja również nie wyobrażam sobie Eryka Lubosa w telenoweli.
EL: Podobno dwa-trzy dni zajmuje realizacja jednego odcinka. Pytam: jak to możliwe? W serialach wszystko przychodzi łatwo, a ja jestem facetem z „motorem diesla", długo się rozgrzewam. Ale jak się już rozgrzeję, to pracujący ze mną reżyser może być stuprocentowo pewny, że dam
z siebie maksymalnie dużo. Ciało, duszę, energię. W pracy jestem jak Dymitr Karamazow - lecę głową w dół. To gra o wszystko, żadnych ochraniaczy. Dla dobra filmu czy spektaklu idę po bandzie: ostateczny cel, czyli udane przedstawienie albo mądry film, jest nadrzędny. Ważniejszy od prywatnych ambicji i egocentryzmu. A grając w serialu, na pewno nie miałbym czasu, żeby się rozpędzić, przygotować, coś przepracować. Telenowelowy ekspres pomyka zdecydowanie za szybko. A szybko to może być seks - w pociągu.
ŁM: W polskim PKP? - a fe...
EL: A fe! Brudna telenowela. Z paprochami na podłodze.
ŁM: Twoja osobowość jest organicznie związana z mową ciała. Mówiąc o serialach, wstałeś z fotela, zacząłeś gestykulować. Myślę, że to również przyciąga do ciebie ludzi: widzów, dziennikarzy. Wiemy, że z Lubosem nie będzie nudno.
EL: Ja jestem chłopak ze Śląska. I od dziecka byłem wychowywany w etosie pracy. Na Śląsku liczy się tylko praca. Najlepiej od rana do wieczora. Zanim zagrałem w pierwszym filmie i pojawiłem się w Warszawie, robiłem dziesiątki rzeczy. Żeby utrzymać się w zawodzie, tyrałem w Holandii przy taśmie produkcyjnej. We wrocławskim Teatrze Współczesnym, w którym dostałem pracę zaraz po skończeniu studiów, co było absolutnym spełnieniem moich marzeń, pracowałem w teatrze non stop. Zdarzały się miesiące, kiedy występowałem codziennie.
ŁM: To było we Wrocławiu. Trochę za daleko...
EL: Wydział Aktorski we Wrocławiu był zawsze uważany za ubogiego krewnego Krakowa. Typowy oddział zamiejscowy. Ale w ostatnich latach uzbierałoby się co najmniej kilka nazwisk ludzi „po Wrocławiu", którzy mocno zaznaczyli swoją obecność: Fraszyńska, Preis, Baka, Więckiewicz, Jakus, Gonera…
ŁM: Lubos… Tuż po skończeniu studiów zagrałeś we Wrocławiu wiele świetnych ról teatralnych - m.in. Lowkę w „Zmierzchu" Babla, Billy’ego w „Kalece z Inishmaan" McDonagha, Jajo w „Zwycięstwie" Berkera, Merkucja w „Romeo i Julii" Szekspira czy Alexa w „Nakręcanej pomarańczy" Burgessa.
EL: Tylko kto o tym pamięta? Większość widzów zaczęła mnie kojarzyć dopiero od roli Bogusia w „Made in Poland" Przemka Wojcieszka w teatrze legnickim, albo od Leszka „Yubego" w pierwszym „Oficerze", a przecież zanim pojawiłem się w Warszawie, zrobiłem sto innych rzeczy. Dlatego nie mów mi, proszę, że staram się uwodzić dziennikarzy, kogokolwiek kokietuję, albo że szykuję ekstra atrakcje w wywiadach. Ja za******lam. I bardzo to lubię.
ŁM: Nie myślałem o „uwodzeniu" dziennikarzy, chodziło mi raczej o twój temperament.
EL: Kiedy dostałem się do PWST, od razu poczułem, że nie jestem akceptowany przez niektórych profesorów. Byłem inny, kanciasty, nie pasowałem do ich wyobrażeń. Dlatego musiałem pracować podwójnie, ponad siły: żeby udowodnić im oraz przede wszystkim sobie, że się jednak nadaję. Znamienne, że z mojego roku wywiało wszystkich prymusów albo śliczne i leniwe dziewczęta marzące o serialach i piktorialu w „Vivie". Zniknęli. A ja zostałem. Jestem i się nie dam. Jeszcze wam pokażę!
ŁM: To może być nokaut, bo przy okazji premiery „Mojej krwi" dowiedzieliśmy się, że od lat boksujesz. I to ostro. W takim razie, może „zasłużysz" na wymuskaną sesję w „Gali" w nowiutkich rękawicach
bokserskich?
EL: Daj spokój, to już zużyte. Co czwarty aktor chwali się, że boksuje i strzela sobie foty na ringu. Niestety, niektórych panów widziałem na treningach - niewiele mają wspólnego z boksem, poza tymi zdjęciami. Nie jest dobrze (śmiech).
ŁM: Przed wywiadem rozmawialiśmy o Mickeyu Rourke, byłem zaskoczony, kiedy opowiadałeś mi, że nawet w latach tak zwanej bokserskiej świetności z „Rurka" był cienias.
EL: Wszystko jest na YouTube. Jeżeli znasz się na boksie, będziesz wiedział, że to była jedna wielka ściema. Prawie niczego nie potrafił.
ŁM: „Moją krew" niektórzy porównują z „Zapaśnikiem", a granego przez ciebie Igora z Randym Robinsonem Rourke’a.
EL: Czasami tak bywa, że podobne pomysły rodzą się jednocześnie w kilku miejscach. „Zapaśnik" trafił na ekrany, kiedy nasz film był w montażu. Zresztą „Zapaśnik" mówi o czymś innym niż „Moja krew". Darren Aronofsky przede wszystkim chciał zajrzeć pod podszewkę „amerykańskiego mitu". Pokazał wrestling bez Photoshopa. I zrobił to wspaniale, a Rourke zagrał genialnie. Nie zmienia to jednak faktu, że bokser z niego żaden. Ani dzisiaj, ani kiedyś.
ŁM: A z ciebie?
EL: Nie wyszedłem z formy. Boksowanie jest dla mnie ważne. Znajomi pytają - skąd we mnie tyle energii? Wielu podejrzewa, że wciągam amfę, a ja po prostu łażę na treningi i trzymam wagę.
ŁM: Zadam ci bardzo naiwne pytanie: nie boisz się że ktoś ci w końcu rozkwasi nos?
EL: Nie, bo ja się urodziłem bez przegrody. Mam krótki nosek, jestem ustawiony genetycznie.
ŁM: Czy masz przygotowane barwne historie na temat twojej kariery bokserskiej? Bardzo by ci się przydały właśnie teraz, w czasie promocji filmu.
EL: „Moja krew" jest wystarczająco ciekawą historią. Nie muszę opowiadać pierdół.
ŁM: Kiedy zacząłeś boksować?
EL: Na studiach. W momencie, kiedy uświadomiłem sobie, że zaczynam myśleć o sobie w kategorii „artysta"; że w dupie mi się przewraca - śląska, robolska dusza podpowiedziała mi: „zrób coś z tym, bo zwariujesz". I poszedłem na ring.
ŁM: Tak po prostu?
EL: Nie, wcześniej był Wsiewołod Meyerhold, twórca współczesnego teatru rosyjskiego. Pisałem o nim pracę dyplomową. W książce o Meyerholdzie, którą zresztą sam przetłumaczyłem, bo nie ukazała się
w Polsce drukiem, znalazłem ustęp, w którym ten wybitny teoretyk teatru metodycznie wskazywał, że boks jest dla aktora niezbędny. Znalazłem bardzo merytoryczne uzasadnienia, które ostatecznie przekonały mnie do boksu. Poszedłem na pierwszy trening do Leszka Strasburgera, potem na kolejne. Oczywiście, nikomu nie przyznałem się, że studiuję w szkole aktorskiej.
Szybko się uczyłem, trenerzy chcieli mnie włączyć do eksportowego zespołu Gwardii Wrocław, jednak nieoczekiwanie mój drugi trener, Zygmunt Gosiewski, przyszedł na spektakl Piotra Cieplaka. Miałem tam długi monolog z „Księgi Eklezjasty". Podawałem tekst całym sobą, pot kapał ze mnie wiadrami, byłem jak w transie. Po przedstawieniu usłyszałem jednak, że nie mogę boksować zawodowo, żadnych sparingów. Gosiewski nie miał wątpliwości, gdzie jest moje miejsce...."
Powyższy wywiad z magazynu "FILM".
Pozdrawiam.
http://www.plejada.pl/109660,0,tylko_u_nas,najnowsze,1,igor_zniszczyl_mi_zycie_eryk_lubos_o_roli_w_filmie_moja_krew,wideo.html
http://www.stopklatka.pl/wydarzenia/wydarzenie.asp?wi=50778
http://cjg.gazeta.pl/cjg_trojmiasto/1,93948,7056288,Film_Marcina_Wrony__to_takze_moja_krew.html
Zmieniony przez - Urke w dniu 2010-01-26 19:59:19
Krzysztof Piekarz