Piekne lata podstawowki... Bylem w klasie sportowej, chociaz szkola byla normalna buda. Gralismy w pile, w 7 klasie mielismy "szczyt", sporo wyjazdow za granice, zwyciestwa na waznych turniejach, prasa "lokalna" pod szkola z okazji naszego powrtotu no i .... laski

Gosci z rocznika rok starszego strasznie to wkur***, takie osiedlowe mendy, siano we lbie... No i najpierw zaczely sie jakies dziwne podjazdy, solowki a potem byla juz tylko maksymalna eskalacja problemu... To ze my w pewnym momencie szukalismy z nimi spiny uwazajac, ze im bedziemy bardziej agresywni tym szybciej ten syf sie skonczy bylo niezlym zonkiem. Zaczelo sie noszenie do szkoly kastetow, jakies gumowych palek, na solowkach kamienie w rekawie no i Bogu dzieki wmieszala sie policja. Teraz to juz studiuje ale "historia" nadal sie jeszcze tli, jak niedogaszone ognisko... Dwa lata temu dostalem srogi wpie*** Szedlem sobie przez drugie osiedle, kolesie siedzieli upaleni na laweczkach i jeden podskoczyl (znalem go wlasnie z podstawowki) i jakas glupia gadka. Pofrunal jakis nieporadny sierpowy z jego strony to sie tylko lekko odsunalem , szybciutko do przodu, za kark chama i kolanami (tajski rox). Wspominalem juz ze bylo z nim kilku kolegow?
Czasami spotykam kumpli z czasow jak gralem w pilke to wlasciwie o tym nie gadamy ale koles ktory wyprowadzil sie pod poznan i mieszka juz daleko od naszego dawnego osiedla mowi ze kiedys na miescie tez spotkal jednego buraka i zaczela sie pyskowka.
Do czego zmierzam? Nie zawsze "wnikanie" w konflikt jest dobrym rozwiazaniem. Z drugiej storny nie wolno pozwalac innym soba pomiatac bo wejdzie Ci to w krew i przez cale zycie bedziesz popyhadlem (szef w pracy bedzie Cie traktowal gorzej niz normalnie, koledzy beda spycac na Ciebie najhu***sza robote i wogole bedziesz mial memejskie podejscie do zycia)
Tak na marginesie, wiekszosc tych kolesi siedzi teraz w kryminale, ci co na wolnosci jeszcze bawia ryje rodem z horrorow, masowka itd. My na szczescie w wiekszosci wyszlismy na ludzi (dzieki mamo i tato

). Ja np. studiuje, jak wiekszosc moich kumpli z podstawowki, co uwazam za spory sukces biorac pod uwage miejsce w ktorym mieszkam.
Aha (moja wypowiedz jest chyba troche nieskladna) odniose sie tez jeszcze do motywu isc do nauczyciela/pedagoga/dyrektora : w moim odczuciu to zrobi tylko z Ciebie szkolne posmiewisko (chcociaz wiekszosc z "smiejacych sie" sama by tak zrobila na twoim miejscu) a kolesi upewni ze jestes fusem i dygasz.