Od początku
Ten Gruby
Byłem gruby, bardzo gruby, ten Gruby. Byli grubsi, ale mało ich było i wyróżniałem się w swoim roczniku rozmiarami. Nieładnymi rozmiarami. Przynajmniej byłem stosunkowo wysoki.
Wstydliwy rowerzysta
Żyłem tak, wstydząc się ciała i będąc obiektem kpin i pewnego rodzaju wykluczenia, aż do wakacji między drugą a trzecią gimnazjum. Uprosiłem dziadków i rodziców o rower, i stał się on moim towarzyszem do końca wakacji. Zrobiłem od dziesiątego lipca do września ponad 1200km, co na grubasa bez kondycji i na niecałe dwa miesiące, z czego sporo dni było deszczowych, które do jazdy się nie nadawały – było całkiem niezłym osiągnięciem. Przynajmniej tak czułem i czuję.
Nowy "sportowiec"
Schudłem sporo. Przyszedł czas zaliczenia biegu na tysiąc. Pobiegłem, kończąc z czasem 3:42 i lokując się na trzeciej pozycji w mojej grupie. Szał! Zawsze byłem ostatni, przedostatni. W ścisłej końcówce, a tu znalazłem się w czołówce! Od razu nastąpił awans społeczny, przynajmniej delikatny. Zostałem zaproszony na sekcję pływacką mojej szkoły. Przy okazji postanowiłem biegać, żeby na wiosennym zaliczeniu być pierwszy.
Zacznijmy poważniej!
Rok upłynął pod znakiem intensywnego biegania, mniej intensywnego, ale regularnego pływania i nieumiarkowanego głodowania. W międzyczasie zbiłem sobie żebro, co wykluczyło mnie ze sportu na ponad dwa tygodnie (bolało nawet przy delikatnie większej intensywności oddychania, to musiałem zrezygnować z wysiłku w jakiejkolwiek formie), do tego straciłem sporo treningów na rzecz spotkań z przyjaciółkami (schudło się, to i przyjaciółki się pojawiły; jakie to szczere). Przez jakieś dwa miesiące biegałem z kolegami, tempo równaliśmy do najwolniejszego, to i to trochę spowolniło moje postępy. W każdym razie, kiedy przyszło wiosenne zaliczenie, byłem pierwszy w grupie z czasem 3:27 na 1000m i 1:43 na 600m. Na basenie, stylem dowolnym miałem 35,6s. Takie byle co, ale byłem całkiem zadowolony z siebie, jak na mnie, to było świetnie!
Gdzie się podziały. Uu. Tamte treningi. Uu.
Wakacje spędziłem na nauce gry w nogę (Gruby już nie gruby, to i biegać w polu mógł) ale absolutnie mi to nie wyszło. Do tego siatka i inne luźne sporty zespołowe. No i spacery, całymi dniami, jak rasowy dzieciak ulicy. Nadrabiałem dzieciństwo spędzone w domu.
Co jest w życiu ważne?
We wrześniu trafiłem do liceum, zaliczenie na 1000m, najlepsi z rocznika. Byłem trzeci, 3:29. Byłbym pierwszy, gdybym miał czas jak na zakończenie trzeciej klasy. I wtedy zrozumiałem, że koleżeństwo to wspaniała sprawa. Ale trzeba wybrać priorytety.
Niekonsekwencja...
Szybko później zmieniłem zdanie, umówiłem się z kolegą, że będziemy razem biegać. Kolega nieco wolniejszy ode mnie, zawsze żądał wolniejszego tempa (poza tym miał dodatkowe treningi w nogę, więc mu nie zależało na zmęczeniu się tak samo mocno jak mi) i tak spędziłem czas od września, do połowy listopada, co drugi dzień wychodząc się przebiec, zrobić te 10-12km z kolegą, który w końcu się rozchorował i bieganie się skończyło. Został mi tylko basen ze szkoły w środę, niezmienny punkt każdego tygodnia. I sobie się tam na nim pluskałem aż...
Basenowy mistrz
Aż jakoś tak w lutym, po feriach na basenie spotkałem starszego od moich rodziców pana, który miał spory brzuch i pływał, żeby go zrzucić i wyrobić sobie kondycję lepszą. A jaką on miał kondycję! Jak nikt na basenie. Może nie pływał spektakularnych sprintów, ale pływał przez godzinę bez przerwy stałym tempem. Pamiętam jak usłyszałem, jak ludzie o nim rozmawiają. Jak go podziwiają. Chciałem się z nim zmierzyć, zacząłem płynąć. Dałem radę tylko jakieś dziesięć minut. Wyczerpany odpuściłem za nim pogoń i postanowiłem w dłuższej perspektywie czasowej mu dorównać.
Coraz lepszy
Był to okres, w którym złamałem się w jedzeniu, rozsmakowałem w ciastkach i ciasteczkach jak za dawnych lat. Szczęściem chyba tylko wymyśliłem sobie te treningi pływania, bo inaczej byłbym teraz wyglądał pewnie jak kiedyś. Tymczasem nie przytyłem za dużo. Tylko dwa kilo (z 71kg na 73kg), ale nie było widać, żebym się 'zalał'. Więc nie przeszkadzało mi to. A z treningu na trening mogłem wytrzymać z tym panem coraz dłużej. Po czwartym treningu dałem radę płynąć z nim przez pół godziny. Później miałem kilka treningów bez niego, innym razem dałem radę już 45minut płynąć tym zabójczym tempem.
Aż pewnego dnia weszliśmy na basen równo, o tej samej porze. Zaczęliśmy trening razem. Byłem strasznie przejedzony tego dnia, ledwo płynąłem, ale nie poddałem się, w końcu było coraz lepiej, rozgrzałem się. I płynąłem z nim przez 55minut. Zrobiliśmy 85basenów, czyli 2125m (basen 25m). Byłem taki zadowolony, że do domu pobiegłem okrężną drogą, zamiast 250m – zrobiłem 1,5km. I wciąż mi było mało.
Zadowolony z osiągnięć na basenie zapragnąłem czegoś więcej niż tylko jako takiej wytrzymałości. Poza tym kolega zaciągnął mnie na siłownię. Miałem w czasie ubiegłego roku kilka epizodów związanych z siłownią, ale to były krótkie okresy byle jakiego ćwiczenia, w dodatku połączonego z głodówką i na rzeźbę.
W marcu jak w garncu.
Dwa razy z nim były impulsem, żeby wygrzebać ciężary taty, z czasu kiedy ćwiczył i zacząć w domu FBW wedle tego planu: https://www.sfd.pl/[Art]_Pierwszy_rok_treningów-t906985.html ale z innym podejściem. Bardziej kulturystycznym, to jest jedząc inaczej, lepiej, więcej. Z braku ławeczki, zastąpiłem wyciskanie na klatkę dużą ilością pompek. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Zacząłem w połowie marca. W ciągu miesiąca przytyłem koło czterech kilogramów. I to raczej były mięśnie, bo tłuszczu nigdzie nie przybyło, a przeciwnie – było go jakby mniej.
Kwiecień plecień!
W połowie kwietnia miałem małą sprzeczkę z tatą. Szybka decyzja. Ułożyłem w myślach na podstawie tego, co wyczytałem na forum prosty plan na trening (który miał być standardowo FBW, a nie splitem) i poszedłem na siłownię. Nie ciągnęło mnie do splitów, ale doszedłem do wniosku, że chyba mi nie zaszkodzi. Podwaliny do kulturystyki miałem. A chodząc na siłownię trzy razy w tygodniu musiałem mieć któreś treningi dzień po dniu (środa zajęta obowiązkowo na basen).
Pierwszy Split
Ułożyłem sobie na podstawie różnych artykułów plan: https://www.sfd.pl/[masa]_do_oceny-t938272.html ale czułem, że trwa zbyt długo, że za dużo mam w nim ćwiczeń i za długo siedzę na siłowni. Co tam do czucia. Proste, treningi trwały ponad dwie godziny! Ludzie przychodzili i wychodzili, a ja męczyłem te czterdzieści serii. Ale nowy plan już mam. Chciałem go na początku zmodyfikować... Ale doszedłem do wniosku, że mogę tylko popsuć (tak, autopsja).
Suplementacja
Od kiedy zacząłem FBW w domu, brałem sporo wapnia z magnezem i D3. Mama nie szczędzi na mnie kasy, o ile chcę ją 'mądrze wydać'. Do tego co dziennie łykałem omega-3 gold olimpu i vitaminer. Poprosiłem mamę o więcej witamin i minerałów, takich bardziej kulturystycznych. Dwa dni później listonosz przyniósł Omega-3 Sport Olimpu 120kaps, Vitality Complex 2x60tab, Chela-Cynk Olimpu 2x30kaps, Chela-Mag B6 (oczywiście też Olimp) i takie małe coś, co się nazywa Vitaminum B6 50tab po 50mg witaminy B6. (jak widzicie, skompletowałem sobie takie jakby ZMA).
Tajemnica taty...
Dodatkowo, okazało się, że tata też sobie czasami ćwiczy, jak nikogo nie ma w domu, albo jak wszyscy śpią. Kupił sobie ZMA, i Tribulusa. I gainera EasyGain Mass fitmax. Nie wiem po co mu gainer przy takiej masie tłuszczowej, jaką ma, od kiedy nie ćwiczy, ale nie wnikam, bo pozwolił mi go używać, to sobie 70g tego aplikuję po treningu, jako źródło węglowodanów do odbudowy glikogenu i szybkie 10g białka – od tygodnia po treningu. Trochę się boję, bo to ma 4000mg kreatyny w tych 70g, a chyba nie powinienem sobie kreatyny dostarczać. Jak z tym jest?
Ciekawe kto to przeczyta, taki ubity tekst. Jadłospis zaprezentuję w innym poście, kiedy indziej, żeby chociaż trochę rozbić blok słowotoku. A. Zdjęcia, które zamieszczam są z pierwszego kwietnia tego roku. Tak, edytowałem je w paintcie. Tak, przyciemniłem. Tak, jestem blady jak trup. Ciekawe jak mi się wstawią...
Zmieniony przez - SmallBear w dniu 2013-04-27 16:45:11
Ten Gruby
Byłem gruby, bardzo gruby, ten Gruby. Byli grubsi, ale mało ich było i wyróżniałem się w swoim roczniku rozmiarami. Nieładnymi rozmiarami. Przynajmniej byłem stosunkowo wysoki.
Wstydliwy rowerzysta
Żyłem tak, wstydząc się ciała i będąc obiektem kpin i pewnego rodzaju wykluczenia, aż do wakacji między drugą a trzecią gimnazjum. Uprosiłem dziadków i rodziców o rower, i stał się on moim towarzyszem do końca wakacji. Zrobiłem od dziesiątego lipca do września ponad 1200km, co na grubasa bez kondycji i na niecałe dwa miesiące, z czego sporo dni było deszczowych, które do jazdy się nie nadawały – było całkiem niezłym osiągnięciem. Przynajmniej tak czułem i czuję.
Nowy "sportowiec"
Schudłem sporo. Przyszedł czas zaliczenia biegu na tysiąc. Pobiegłem, kończąc z czasem 3:42 i lokując się na trzeciej pozycji w mojej grupie. Szał! Zawsze byłem ostatni, przedostatni. W ścisłej końcówce, a tu znalazłem się w czołówce! Od razu nastąpił awans społeczny, przynajmniej delikatny. Zostałem zaproszony na sekcję pływacką mojej szkoły. Przy okazji postanowiłem biegać, żeby na wiosennym zaliczeniu być pierwszy.
Zacznijmy poważniej!
Rok upłynął pod znakiem intensywnego biegania, mniej intensywnego, ale regularnego pływania i nieumiarkowanego głodowania. W międzyczasie zbiłem sobie żebro, co wykluczyło mnie ze sportu na ponad dwa tygodnie (bolało nawet przy delikatnie większej intensywności oddychania, to musiałem zrezygnować z wysiłku w jakiejkolwiek formie), do tego straciłem sporo treningów na rzecz spotkań z przyjaciółkami (schudło się, to i przyjaciółki się pojawiły; jakie to szczere). Przez jakieś dwa miesiące biegałem z kolegami, tempo równaliśmy do najwolniejszego, to i to trochę spowolniło moje postępy. W każdym razie, kiedy przyszło wiosenne zaliczenie, byłem pierwszy w grupie z czasem 3:27 na 1000m i 1:43 na 600m. Na basenie, stylem dowolnym miałem 35,6s. Takie byle co, ale byłem całkiem zadowolony z siebie, jak na mnie, to było świetnie!
Gdzie się podziały. Uu. Tamte treningi. Uu.
Wakacje spędziłem na nauce gry w nogę (Gruby już nie gruby, to i biegać w polu mógł) ale absolutnie mi to nie wyszło. Do tego siatka i inne luźne sporty zespołowe. No i spacery, całymi dniami, jak rasowy dzieciak ulicy. Nadrabiałem dzieciństwo spędzone w domu.
Co jest w życiu ważne?
We wrześniu trafiłem do liceum, zaliczenie na 1000m, najlepsi z rocznika. Byłem trzeci, 3:29. Byłbym pierwszy, gdybym miał czas jak na zakończenie trzeciej klasy. I wtedy zrozumiałem, że koleżeństwo to wspaniała sprawa. Ale trzeba wybrać priorytety.
Niekonsekwencja...
Szybko później zmieniłem zdanie, umówiłem się z kolegą, że będziemy razem biegać. Kolega nieco wolniejszy ode mnie, zawsze żądał wolniejszego tempa (poza tym miał dodatkowe treningi w nogę, więc mu nie zależało na zmęczeniu się tak samo mocno jak mi) i tak spędziłem czas od września, do połowy listopada, co drugi dzień wychodząc się przebiec, zrobić te 10-12km z kolegą, który w końcu się rozchorował i bieganie się skończyło. Został mi tylko basen ze szkoły w środę, niezmienny punkt każdego tygodnia. I sobie się tam na nim pluskałem aż...
Basenowy mistrz
Aż jakoś tak w lutym, po feriach na basenie spotkałem starszego od moich rodziców pana, który miał spory brzuch i pływał, żeby go zrzucić i wyrobić sobie kondycję lepszą. A jaką on miał kondycję! Jak nikt na basenie. Może nie pływał spektakularnych sprintów, ale pływał przez godzinę bez przerwy stałym tempem. Pamiętam jak usłyszałem, jak ludzie o nim rozmawiają. Jak go podziwiają. Chciałem się z nim zmierzyć, zacząłem płynąć. Dałem radę tylko jakieś dziesięć minut. Wyczerpany odpuściłem za nim pogoń i postanowiłem w dłuższej perspektywie czasowej mu dorównać.
Coraz lepszy
Był to okres, w którym złamałem się w jedzeniu, rozsmakowałem w ciastkach i ciasteczkach jak za dawnych lat. Szczęściem chyba tylko wymyśliłem sobie te treningi pływania, bo inaczej byłbym teraz wyglądał pewnie jak kiedyś. Tymczasem nie przytyłem za dużo. Tylko dwa kilo (z 71kg na 73kg), ale nie było widać, żebym się 'zalał'. Więc nie przeszkadzało mi to. A z treningu na trening mogłem wytrzymać z tym panem coraz dłużej. Po czwartym treningu dałem radę płynąć z nim przez pół godziny. Później miałem kilka treningów bez niego, innym razem dałem radę już 45minut płynąć tym zabójczym tempem.
Aż pewnego dnia weszliśmy na basen równo, o tej samej porze. Zaczęliśmy trening razem. Byłem strasznie przejedzony tego dnia, ledwo płynąłem, ale nie poddałem się, w końcu było coraz lepiej, rozgrzałem się. I płynąłem z nim przez 55minut. Zrobiliśmy 85basenów, czyli 2125m (basen 25m). Byłem taki zadowolony, że do domu pobiegłem okrężną drogą, zamiast 250m – zrobiłem 1,5km. I wciąż mi było mało.
Zadowolony z osiągnięć na basenie zapragnąłem czegoś więcej niż tylko jako takiej wytrzymałości. Poza tym kolega zaciągnął mnie na siłownię. Miałem w czasie ubiegłego roku kilka epizodów związanych z siłownią, ale to były krótkie okresy byle jakiego ćwiczenia, w dodatku połączonego z głodówką i na rzeźbę.
W marcu jak w garncu.
Dwa razy z nim były impulsem, żeby wygrzebać ciężary taty, z czasu kiedy ćwiczył i zacząć w domu FBW wedle tego planu: https://www.sfd.pl/[Art]_Pierwszy_rok_treningów-t906985.html ale z innym podejściem. Bardziej kulturystycznym, to jest jedząc inaczej, lepiej, więcej. Z braku ławeczki, zastąpiłem wyciskanie na klatkę dużą ilością pompek. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Zacząłem w połowie marca. W ciągu miesiąca przytyłem koło czterech kilogramów. I to raczej były mięśnie, bo tłuszczu nigdzie nie przybyło, a przeciwnie – było go jakby mniej.
Kwiecień plecień!
W połowie kwietnia miałem małą sprzeczkę z tatą. Szybka decyzja. Ułożyłem w myślach na podstawie tego, co wyczytałem na forum prosty plan na trening (który miał być standardowo FBW, a nie splitem) i poszedłem na siłownię. Nie ciągnęło mnie do splitów, ale doszedłem do wniosku, że chyba mi nie zaszkodzi. Podwaliny do kulturystyki miałem. A chodząc na siłownię trzy razy w tygodniu musiałem mieć któreś treningi dzień po dniu (środa zajęta obowiązkowo na basen).
Pierwszy Split
Ułożyłem sobie na podstawie różnych artykułów plan: https://www.sfd.pl/[masa]_do_oceny-t938272.html ale czułem, że trwa zbyt długo, że za dużo mam w nim ćwiczeń i za długo siedzę na siłowni. Co tam do czucia. Proste, treningi trwały ponad dwie godziny! Ludzie przychodzili i wychodzili, a ja męczyłem te czterdzieści serii. Ale nowy plan już mam. Chciałem go na początku zmodyfikować... Ale doszedłem do wniosku, że mogę tylko popsuć (tak, autopsja).
Suplementacja
Od kiedy zacząłem FBW w domu, brałem sporo wapnia z magnezem i D3. Mama nie szczędzi na mnie kasy, o ile chcę ją 'mądrze wydać'. Do tego co dziennie łykałem omega-3 gold olimpu i vitaminer. Poprosiłem mamę o więcej witamin i minerałów, takich bardziej kulturystycznych. Dwa dni później listonosz przyniósł Omega-3 Sport Olimpu 120kaps, Vitality Complex 2x60tab, Chela-Cynk Olimpu 2x30kaps, Chela-Mag B6 (oczywiście też Olimp) i takie małe coś, co się nazywa Vitaminum B6 50tab po 50mg witaminy B6. (jak widzicie, skompletowałem sobie takie jakby ZMA).
Tajemnica taty...
Dodatkowo, okazało się, że tata też sobie czasami ćwiczy, jak nikogo nie ma w domu, albo jak wszyscy śpią. Kupił sobie ZMA, i Tribulusa. I gainera EasyGain Mass fitmax. Nie wiem po co mu gainer przy takiej masie tłuszczowej, jaką ma, od kiedy nie ćwiczy, ale nie wnikam, bo pozwolił mi go używać, to sobie 70g tego aplikuję po treningu, jako źródło węglowodanów do odbudowy glikogenu i szybkie 10g białka – od tygodnia po treningu. Trochę się boję, bo to ma 4000mg kreatyny w tych 70g, a chyba nie powinienem sobie kreatyny dostarczać. Jak z tym jest?
Ciekawe kto to przeczyta, taki ubity tekst. Jadłospis zaprezentuję w innym poście, kiedy indziej, żeby chociaż trochę rozbić blok słowotoku. A. Zdjęcia, które zamieszczam są z pierwszego kwietnia tego roku. Tak, edytowałem je w paintcie. Tak, przyciemniłem. Tak, jestem blady jak trup. Ciekawe jak mi się wstawią...
Zmieniony przez - SmallBear w dniu 2013-04-27 16:45:11
Krzysztof Piekarz








