Na pewno w meczach z Rosjanami musi lepiej niż ostatnio funkcjonować przyjęcie zagrywki, bo bez tego nie ma co marzyć o sukcesie.
Wklejam felieton Rafała Steca na ten temat:
Skra ma problem wszędzie
Siatkarze Skry Bełchatów prowokują do dyskusji. Drużyna z ambicjami sięgającymi europejskich szczytów, owszem, prowadzi w lidze polskiej, ale nie zachwyca i przewagę nad resztą stawki wypracowała skromniejszą niż obiecywały nazwiska jej gwiazd. Awansowała, owszem, do fazy pucharowej Ligi Mistrzów, ale z przedostatniego miejsca w grupie i po kilku bolesnych klęskach.
Najmodniej obwiniać za niepowodzenia Miguela Angela Falascę (zrobił to na swoim blogu Przemek Iwańczyk), ja bym problem rozszerzył. Choć Hiszpan i mnie rozczarowuje - kogóż nie? - jeszcze głębiej rozczarowuje mnie beznadziejny odbiór serwisu, który w pięciu przegranych meczach sezonu zmuszał go do bieganiny po całym boisku. Co go w pełni nie usprawiedliwia, lecz częściowo tłumaczy. Doskonały rozgrywający może naprawiać błędy kolegów, jeśli jednak precyzja przyjęcia spadnie poniżej pewnego - nazwijmy go dopuszczalnym - poziomu, jeśli niemal każda akcja wygląda jak odległy od siatkówki sport ekstremalny, to łatwiej mu stracić głowę. Również wtedy, gdy partnerzy akurat się spisali, serwowaną piłkę odbili dokładnie i dali mu czas na podjęcie właściwej decyzji.
Niestety, jak bełchatowianie już wpadają w dołek, to wpadają weń po czubki głów. I odbierają zagrywkę zdecydowanie poniżej dopuszczalnego poziomu. 36-procentowa skuteczność ze środowej porażki z Friedrichshafen była najniższą spośród osiągniętych przez jakiegokolwiek uczestnika LM we wszystkich 72 dotychczasowych meczach. W Bełchatowie była niewiele wyższa (42 proc.), a wręcz szokująco wyglądają statystyki z polskiej ligi - w rankingu podsumowującym przyjęcie precyzyjne Skra zajmuje ostatnie miejsce, w rankingu całościowej efektywności przyjęcia Skra wyprzedza tylko tkwiących na dnie tabeli Trefl Gdańsk i Jadar Radom.
W kraju mistrzowie za niechlujstwo nie płacą notorycznymi porażkami (choć mocnym Kędzierzynowi i Jastrzębiu ulegli), w Europie rywale bezlitośnie je wykorzystują. Falasca magii nie czyni, a na samym końcu ciągu przyczynowo-skutkowego mamy zastój Mariusza Wlazłego - największej gwiazdy i zarazem kapitana drużyny, który porywa co najwyżej epizodycznie. Zdarza mu się zestrzelić przeciwnika serwisem, lecz zbija zazwyczaj przeciętnie, nie zostaje bohaterem hitowych meczów, raczej sprawia wrażenie zmagającego się z samym sobą, by choć zbliżyć się do dawnej formy. Apatia rozgrywającego nie wyjaśnia wszystkiego, od atakującego aspirującego do miana najlepszego w świecie wymaga się ciut więcej niż od zwykłych śmiertelników. Wlazły pracuje przecież z Danielem Castellanim, czyli trenerem, z którym, jak sam mówi, doskonale się rozumie.
Całość wygląda na problem kompleksowy, a Castellani musi rozwiązać go natychmiast. Skra zebrała zbyt wielu graczy po trzydziestce (Falasca, Antiga, Murek, Pliński, Heikkinen, Gacek, Dobrowolski, Wnuk), by widzieć w niej drużynę przyszłości.
Źródło:
http://rafalstec.blox.pl/2009/01/Skra-ma-problem-wszedzie.html
Mocne słowa, ale na pewno ciekawy temat do przemyśleń, bo gołym okiem widać że w Skrze nie wszystkie elementy funkcjonują na miarę oczekiwań.
Zmieniony przez - Black Pete w dniu 2009-01-23 18:14:08