Wiesz, ale to nie jest tak, że na jakiejś kaloryczności funkcjonujemy 100% sprawnie, następnie obniżamy ją i cały czas jest te 100%, znów obniżamy i przy jakimś tam pułapie kalorii - łups - nagle, ni stąd ni zowąd, siadają hormony, siada tarczyca.
To się wszystko obywa bardziej płynnie, stopniowo. Możemy nie czuć, że mamy hormony płciowe poniżej normy, że tarczyca już zwalnia obroty.
Nawet mając jeszcze regularnie okres, kobieta może już mieć zaburzenia hormonalne, choć nie zdaje sobie z tego sprawy... Utrata miesiączki to już jest stan krytyczny, załamanie hormonów - a wcześniej może być stan, kiedy ten okres jeszcze jest, ale już to wszystko nie działa w pełni prawidłowo, tak jak powinno...
Dlatego pozornie dobre samopoczucie na niskich kaloriach bywa zwodnicze. To już może być ta strefa, gdzie pogarsza się praca organizmu. Nie trzeba być jakoś bardzo głodnym - wiele osób doprowadza się odchudzaniem do problemów zdrowotnych, a twierdzą, że wcale nie głodowali. Głód pojawia się na początku, a później może być stłumiony przez hormony (adrenalinę, endorfiny itp.) - to taka reakcja obronna organizmu, żeby zachować dobre samopoczucie w trudnych warunkach.
Anorektyczki im bardziej są zagłodzone, tym mniej czują głodu... I dlatego - niestety - nie możemy w pełni ufać naszym odczuciom, bo potrafią być ogromnie mylące.
Dlatego odradza się ludziom
odchudzanie na poziomach kalorii bliskich ich podstawowej przemianie materii. Mogą nie czuć, nie zauważyć, a sobie bardzo zaszkodzić.