Parę słów od MISTRZYNI ŚWIATA, naszej wspaniałej Kasi Dmochewicz...

( red. pisownia oryginalna, podszyta bezgraniczną radością i entuzjazmem )

Jeśli mieliście okazję oglądać relację z Tarragony... Widzieliście eksplozję mojej radości. Cytując fragment pióra Pana Andrzeja Michalaka. leciały tam po kolei „podskoki, klęczenie, piąstki...” Ale nim do tej eksplozji doszło, stałam na scenie, a wraz ze mną pozostałe pięć pretendentek. Każda zacna i każda z głową pełną nadziei. Kiedy tak stoisz na scenie w oczekiwaniu na usłyszenie swojego nazwiska, trzymając fason, z uśmiechem niczym z reklamy pasty do zębów, to serce żyje własnym niespokojnym życiem.

 

 

Wyczekałam, powierzchownie opanowana, aż do ogłoszenia tytułu Wicemistrzyni. Ową Wicemistrzynią została piękna Ukrainka... W tamtym momencie... moją głowę obiegło miliard myśli, chaotycznych niczym huragan. O Boże... nie wierzę... wygrałam... taka chora... wygrałam... z łaciatym tyłkiem... wygrałam... a nie chciałam przyjechać ... wygrałam... a nie miałam już siły na cardio... wygrałam ... Dawidek będzie dumny... wygrałam ... Damian miał rację... wygrałam… Miałam wrażenie, że stałam w tej zadumie dłuższą chwilę, że tak mnie myśli pochłonęły, że wręcz z opóźnionym refleksem dałam znać o swojej radości. Miałam tylko wrażenie. Na cudownej relacji z minionych Mistrzostw, nie doczekałam się „opóźnionego refleksu”. Tam widać reakcję niemal błyskawiczną. Wyczytują Ukrainkę, a na drugim planie leci moje „Wygrałam! Wygrałam! Wygrałam!” ubrane w podskoki w szpilkach.

 

Czas to pojęcie względne. Tydzień temu przeżyłam chwilę, w której zwolnił. Specjalnie dla mnie❤️Niesamowite uczucie!

P.S. Do tej pory blady strach mnie ogarnia na myśl o widmie skręconej kostki ;) Albo co gorsze... połamanych obcasów ;)