SFD.pl - Sportowe Forum Dyskusyjne

Michalczewski: Mówię szybciej niż myślę

temat działu:

Sztuki Walki

słowa kluczowe: , , ,

Ilość wyświetleń tematu: 5008

Nowy temat Wyślij odpowiedź
...
Napisał(a)
Zgłoś naruszenie
Początkujący
Szacuny 23 Napisanych postów 4847 Na forum 16 lat Przeczytanych tematów 40958


Dariusz Michalczewski, choć pożegnał się już z ringiem, na brak zajęć nie może narzekać. Były mistrz świata opowiada o poszukiwaniu młodych bokserskich talentów, swoim trudnym dzieciństwie i… publicznym spoliczkowaniu go przez przyjaciółkę.

Der Spiegel: Na początku czerwca zakończył pan zawodową karierę pięściarza. Co pan porabia od tamtej pory?

Dariusz Michalczewski: Jestem człowiekiem o wiele bardziej zajętym niż przedtem. Szukam młodych talentów, chcę znaleźć nowe tygrysy. Koncentruję się głównie na Niemczech i Polsce, ale także Rosja jest interesującym rynkiem. Z moim byłym trenerem Fritzem Sdunkiem będę promował „Young Tigers". Być może założę kiedyś także własną stajnię pięściarzy. Ale na to nie jestem jeszcze gotowy...




Stawiał pan zawsze na niemal ojcowskie autorytety jak Sdunek - ułożył on dokładny program, według którego mógł pan żyć i pracować. Jak pan sobie radzi z tym dzisiaj?

Teraz jestem na takim etapie, że mogę to robić sam. Już przez ostatnie trzy lata zastanawiałem się, jak to będzie. Zdawałem sobie sprawę, że będę miał inny rytm. Teraz muszę się przyzwyczaić.

Nie brakuje panu czasem adrenaliny?

Nie. Cieszę się, że w końcu mogę robić coś nowego, gdzie nie chodzi tak bardzo o adrenalinę. Jestem na to przygotowany. Jednak muszę się jeszcze nauczyć cierpliwości. I dyplomacji - co do tego mam jednak pewne wątpliwości. Mówię zawsze szybciej, niż myślę.

A jest pan absolutnie pewien, że pana wycofanie się z boksu jest rzeczywiście ostateczne?

Na 110 procent. Z boksem u mnie koniec, nie mam już takich możliwości. Nie dałbym rady znowu się tak motywować. Zestarzałem się. Wprawdzie nadal jestem w świetnej formie, ale ta mordęga - na nią już nie starczy mi pary. Ale to bynajmniej nie znaczy, że jestem skreślony. Zajmuję się teraz innymi sprawami.

Niektórzy bokserzy wracali na ring nawet po dziesięciu latach.

Tak, ale ja mogę robić wiele innych rzeczy. Nadal zarabiam pieniądze. Nie muszę się boksować z głodu.

Mimo to bardzo długo pan zwlekał, zanim ogłosił pan zakończenie kariery. Co w końcu przesądziło, że ostatecznie powiesił pan rękawice na kołku?

Chciałem koniecznie mieć na swoim koncie 50 stoczonych walk. Ale teraz po prostu straciłem ochotę. Być może to nawet lepiej, że na koniec odniosłem porażkę. W przeciwnym razie wszyscy próbowaliby mnie przekonać, żebym to robił dalej. A tak mam spokój.

Pochodzi pan z robotniczego osiedla w Gdańsku. Jak tam było?

Obowiązywało prawo silniejszego. Słabi nie mogli jeździć na rowerze ani grać w piłkę nożną i koszykówkę. Ale ja od początku umiałem się bić. Mój ojciec, mój wuj i dziadek -wszyscy się boksowali. To było rodzinne. Rękawice zawsze mieliśmy w domu.

Pan również musiał wiele znieść: był pan bity przez ojca, dyrektora szkoły i dozorcę.

Czasem rzeczywiście natarli mi uszu. Ojciec przykładał mi także pasem czy linijką. Nie tak, żeby mnie to rzeczywiście zraniło. Ale był surowy i bałem się jego razów. Nie było to przyjemne.

Jak pan dziś ocenia: czy to było w porządku, że tak srogo Pana karano?

To było błędne i złe. Nie można bić dzieci. Na właściwe wychowywanie ludziom brakowało jednak czasu. Gdy dziecko zrobiło coś nie tak, dostawało po twarzy i na tym koniec. Nie było czasu, żeby coś wyjaśniać. Chwytano za pas i potem był spokój. Ale ja później znowu robiłem to, za co mnie ukarano. Bo nie wiedziałem, co było w tym złego.

Czy przez bicie stał się pan tak twardy, jak wymagała tego bokserska kariera?

Wcześniej tak nawet myślałem. Ale teraz już wiem, że to nie mało z tym nic wspólnego. Biciem można także złamać osobowość. Małe dzieci, które są bite, uczą się nawet wolniej. Być może byłbym jeszcze lepszy, gdyby wpojono mi potrzebną dyscyplinę bez bicia.

Został ojcem w bardzo młodym wieku. Czy uderzył pan kiedyś swoje dzieci?

Starszego Michaela zbiłem kiedyś paskiem, ponieważ powiedział; „Nienawidzę was!“. Ale to było pierwszy i ostatni raz. Byłem bardziej bratem niż ojcem dla moich dzieci. Czasem młodszemu Nicolasowi przystawiałem pięść do głowy i mówiłem: „No, chodź, teraz ci przyładuję". Na co on odpowiadał: „Możesz mnie pocałować gdzieś". W takich byliśmy układach. Czasem dostał klapsa w pupę, pół żartem pół serio.

Pan sam jako dziecko pozwalał sobie na niejedno: zbił pan brata rurą od odkurzacza, a ojczymowi groził nożem kuchennym. Czy dopiero boks sprowadził pana na właściwą drogę?

Z całą pewnością. Gdy inni chłopcy rozbijali szyby, okradali piwnice, a potem kradli samochody, ja chodziłem na treningi. Żadne dziecko nie rodzi się kryminalistą. Wszystkie złe rzeczy, które się dzieją, wynikają z nudów. Młodzi ludzie nie mają po prostu żadnego zajęcia, żadnego wyzwania.

I żadnych możliwości?

Nie - każdy człowiek ma wiele możliwości. W mojej dzielnicy w Gdańsku mieszkał także Tomek Waldoch, który dzisiaj gra w drużynie Schalke 04. Również Waldemar Malak, sztangista, zdobywca medalu olimpijskiego. Ale inni chłopcy, którzy byli naszymi kolegami, odsiadują teraz kary więzienia po 15 czy 20 lat, ponieważ kogoś zamordowali. W zasadzie nie byli gorsi od nas.

W swojej karierze przez 12 lat stale pan wygrywał, 48 walk z rzędu. A potem na koniec jednak dwie porażki. Jak pan to odczuł?

Na pewno nie było mi miło. Ale lepiej przegrać dwie ostatnie walki niż dwie pierwsze. Kibice bardzo mnie wspierali. Wielu mimo to się radowało, inni płakali - ci cierpieli razem ze mną. Skłamałbym, gdybym powiedział, że przeżycie takich momentów było piękniejsze od zwycięstwa - ale było to nowym doświadczeniem. Pięknym, ponieważ odczuwałem także wsparcie. Gdyby to zdarzyło się cztery, pięć lat wcześniej, nie mógłbym tego znieść. Dzięki tej porażce stałem się dojrzały i spadłem z piedestału. Ludzie nadal mówią o mnie „mistrz świata", chociaż już dawno nim nie jestem. Żaden człowiek nie mówi: „były mistrz świata".

W życiu prywatnym ma pan przyjaciółkę, która od czasu do czasu pana policzkuje. Czy jest jedyną osobą, której to wolno?

No tak, raz się tak zdarzyło, w dyskotece. Poszła do toalety, a gdy wróciła, ja stałem z kilkoma innymi kobietami. Po prostu podeszły do mnie i ja rzeczywiście tylko z nimi stałem. Wtedy uderzyła mnie w twarz. Wszyscy się przestraszyli - kobiety tylko patrzyły i moi kumple także. Znają mnie i wiedzą, że ze mnie twardy gość. Każda inna kobieta strzeliłaby sobie czymś takim samobójczą bramkę. Ale panowałem nad tym. Pocałowałem ją tylko i zebrałem punkty na plus. W ten sposób ja wygrałem, a ona przegrała.

Czy ktoś taki jak pan nie czuje się zraniony w swoim ego, gdy go policzkuje własna dziewczyna?

Nie zdarzało się to tak często, może dwa, trzy razy. Ale zgadza się, nie zrobiła tego w domu, w sypialni, lecz spektakularnie, na oczach wszystkich. Bardzo dobrze wiedziała, kiedy może to zrobić. Jest znana ze swojej silnej woli.

Rozmawiał: Sascha Borree / Spiegel online
Źródło: Onet.pl

"I try to catch him right on the tip of the nose, because I try to push the bone into the brain." (M.Tyson)

Ekspert SFD
Pochwały Postów 686 Wiek 32 Na forum 11 Płeć Mężczyzna Przeczytanych tematów 13120
Nowy temat Wyślij odpowiedź
Poprzedni temat

Nauka rzutów

Następny temat

Chcę się poboksować z kumplem - które rękawice

nutloveb