SFD.pl - Sportowe Forum Dyskusyjne

Bracia Skrzecz - kiedyś bokserzy, a dziś?

temat działu:

Sztuki Walki

słowa kluczowe: , , , ,

Ilość wyświetleń tematu: 24527

Nowy temat Wyślij odpowiedź
...
Napisał(a)
Zgłoś naruszenie
Początkujący
Szacuny 23 Napisanych postów 4847 Na forum 16 lat Przeczytanych tematów 40958
Byli nie tylko braćmi, bliźniakami, ale także przyjaciółmi. I znakomitymi pięściarzami. Razem robili sportową karierę. Zdobyli dziesiątki medali. Niestety, dziś bracia Skrzeczowie nawet ze sobą nie rozmawiają.

Należą do najwybitniejszych polskich pięściarzy. Jeden walczył w wadze ciężkiej, drugi w półciężkiej. Mistrzowie i reprezentanci Polski, uczestnicy mistrzostw Europy, świata i olimpiady. Podobni, choć nie tacy sami. Przez wiele lat wspierali się nawzajem. Nie tylko w domu, w szkole, ale i na ringu. Paweł stoczył więcej, bo 278 walk, z czego 239 wygrał. Grzegorz odbył 236 pojedynków, odnosząc 204 zwycięstwa. Po zakończeniu kariery nie rozstali się ze sportem, choć ich drogi potoczyły się różnie. Paweł jest obecnie trenerem, zaś Grzegorz pracuje jako szef ochrony. Grywa też czasem w filmach.

Starszy jest Paweł. O całe 45 minut. Grzegorz, choć młodszy, jest wyższy od brata o trzy centymetry. Mierzy 186 cm. Niestety, nie mam szansy na spotkanie z obydwoma jednocześnie. Od kilku lat bracia nie utrzymują ze sobą kontaktów.

Z Grzegorzem spotykam się w jednym z kasyn Zjednoczonych Przedsiębiorstw Rozrywkowych w podziemiach hotelu Marriott. Jest tu szefem ochrony. Odpowiada za bezpieczeństwo w kilku podobnych placówkach.

Duży, aby nie powiedzieć, że wielki z niego człowiek. Uśmiechnięty, dobrze ubrany.

Wychowywała ich matka. Mieszkali na warszawskim Żeraniu. Kiedy mieli 12 lat, przeprowadzili się na Bródno. - Nigdy nie daliśmy się nikomu pobić - mówi Grzegorz Skrzecz. - A w tamtych czasach na Żeraniu były różne środowiska. Człowiek musiał walczyć o ogień. Od początku należeliśmy do tych, których nie da się pokonać.

W szkole też nie należeli do pokornych. Mama często była wzywana do dyrektora, nieraz bowiem przekonywali kolegów do swoich racji, dając im w ucho. - Miałem szczęście - tłumaczy Grzegorz. - Zawsze trafiałem na synalków jakichś dyrektorów albo partyjniaków.

Po ukończeniu podstawówki obaj poszli do Zawodowej Szkoły Zakładów Elektrycznych "Warel", gdzie pracowała ich mama. Dyrektor ich znał jeszcze z kolonii, więc uznał, że braci należy rozdzielić. Wiedział bowiem, jak zauważa Grzegorz, że gdy jesteśmy razem, to przypominamy odbezpieczony granat. - Od razu zatem zastrzegł, że idziemy do innych klas. Specjalizacja ta sama, ten sam kierunek, tyle że kiedy ja byłem w szkole, Paweł był na warsztatach. I na odwrót. Nigdy jednak nie byliśmy spokojni, więc i w tej szkole mieliśmy problemy. Ale nie byliśmy łobuzami.

Do sportu trafili właściwie przez przypadek. Kiedyś Grzegorz stanął w obronie kolegi z klasy, takiego, jak mówi, klasycznego ******ły, ofiary losu. - Nazywał się Janek Sowa. Chcieli go pobić, więc się za nim wstawiłem.

Za jakiś czas kolega Janek przyszedł i powiedział, że przeczytał w gazecie, iż są zapisy na boks w Gwardii. Chciał potrenować i zrewanżować się tym, którzy go bili. Poszedł więc z nim dla towarzystwa.

- Los sprawił, że trafił do trenera Wieńczysława Kosinowa, najukochańszego człowieka na świecie. Janek już się zapisał, mieliśmy wychodzić, a "Dziadek", bo tak zawsze mówiłem na trenera Kosinowa, zapytał, czy i ja nie chciałbym się w boksie przysposobić. Wyjaśniłem, że przyszedłem tylko z kolegą, ale on nie dał za wygraną. Zaczął mnie przekonywać, że warto spróbować. A że Janek truł mi, aby z nim chodzić, więc chodziłem i zacząłem trenować. Trzy razy w tygodniu po dwie godziny ciężkiej pracy.

Kolega Janek nie wytrzymał i po miesiącu zrezygnował z zabawy w boks. Grzegorz namówił wtedy brata. Pawłowi się to spodobało. - Ale gdyby nie "Dziadek", to zarówno ja, jak i brat nie bylibyśmy pięściarzami - opowiada Grzegorz. - Jego podejście, psychologia sprawiły, że potrafił ułożyć się z dwoma niesfornymi chłopakami. Stał się dla nas kimś ważnym, ojcem, autorytetem. Sumiennie chodziliśmy na treningi i szybko nadeszły sukcesy.

Równie ciepło o Wieńczysławie Kosinowie mówi Paweł. Spotykamy się w dawnej Hali Gwardii, niegdyś słynnej hali sportowej i koncertowej w Warszawie. Dziś jest tu supermarket. Jasno, nowocześnie, światowo. Za drzwiami jednak inny świat. Szary, zapomniany, biedny. Wejście do sekcji bokserskiej prowadzi obdrapanymi korytarzami. Sale do treningu dawno nie widziały remontu. Czas się tu zatrzymał. I to wiele lat temu. W jednym z pomieszczeń biurko, stół, na ścianach proporczyki, na półkach puchary. To wieloletni dorobek Gwardii, kiedyś jednego z najlepszych klubów bokserskich w Polsce.

- Naszą chłopięcą agresję mógł zmienić tylko sport - tłumaczy Paweł Skrzecz. - Nie mieliśmy konfliktów z prawem, ale były na to spore zadatki. Sport nas zmienił. Dzięki Wieńczysławowi Kosinowowi. Zachęcał, bym się zapisał. Na treningi musiała się zgodzić mama i szkoła. Zgodę otrzymaliśmy. Trenowaliśmy więc obaj, pracowaliśmy na własny sukces. Był jednak jeden warunek. Nigdy nie wolno nam było walczyć ze sobą.

Grzegorz rozpoczął od wagi lekkośredniej - 71 kg, a brat od półśredniej - 67 kg. Chodziło o to, aby nie byli w jednej wadze. - Ja dojadałem, a brat robił wagę, czyli chudł - mówi Grzegorz. Po roku byli gotowi do walki, ale "Dziadek" ich uspokajał, że przyjdzie czas. Wreszcie wyszli na ring. W Turnieju Pierwszy Krok Bokserski. Grzegorz wygrał. Paweł był drugi. - To był pierwszy sukces - opowiada Grzegorz. - Później powołano nas do reprezentacji Warszawy juniorów. Zaczęliśmy jeździć na większe turnieje.

I wygrywali. Spartakiady, młodzieżowe mistrzostwa Polski. Pierwszy złoty medal zdobyli na Spartakiadzie Młodzieży w Ełku w 1975 roku. Grzegorz wygrał w wadze średniej, a Paweł w lekkośredniej. - Pamiętam, jak wróciliśmy do domu, biegliśmy do mamy do pracy, aby pokazać nasze trofea - mówi Grzegorz.

Rok później Grzegorz zadebiutował w reprezentacji Polski seniorów. Przegrał z ciemnoskórym Amerykaninem, bratem Larry'ego Holmesa, mistrza świata w wadze ciężkiej. Wtedy też, jak wspomina, miał chwilę zwątpienia i słabości. Jedyną w swojej sportowej karierze. - Wróciłem do domu i powiedziałem, że więcej na sali już się nie pojawię. I wtedy mama mnie zdopingowała. Powiedziała, że tak nie można. Zrobiło mi się wstyd.

W tym samym roku zdobył tytuł młodzieżowego mistrza Polski. Brat także. Potem był debiut w mistrzostwach Polski seniorów, w mistrzostwach Europy i świata. Paweł twierdzi, że to on pierwszy odnosił sukcesy międzynarodowe. Obaj jednak wygrywali, zdobywali medale. W tamtym czasie tajemnice pięściarskiej sztuki przybliżali bliźniakom Wiktor Szulc i Michał Szczepan.

- Zawsze rywalizowaliśmy ze sobą - stwierdza Grzegorz. - Ale to nas scalało. Pomagaliśmy sobie. Ten sport nas wyciszył, ustatkował. Całą energię "pakowaliśmy" w boks, a nie na ulicy.

W 1980 roku pojechali na Olimpiadę do Moskwy. Grzegorz, jako pierwszy w historii wagi ciężkiej, wszedł do ćwierćfinału. Niestety, trafił na Kubańczyka Teofilo Stevensona, najpotężniejszego wówczas boksera na świecie. I przegrał przez nokaut w trzeciej rundzie. Został sklasyfikowany na piątym miejscu.

Paweł w wadze półciężkiej doszedł do finału. Walkę o złoty medal przegrał jednak z Jugosłowianinem Slobodanem Kacarem. Zdobycie srebrnego krążka było jednak i tak wielkim sukcesem. - Do dziś przyjaźnię się ze Slobodanem - dodaje Paweł.

Potem walczyli jeszcze przez kilka lat. Paweł przez sześć, Grzegorz przez pięć. W sumie, oprócz srebrnego medalu na olimpiadzie, Paweł czterokrotnie wywalczył tytuł mistrza Polski, był wicemistrzem świata, srebrnym i brązowym medalistą mistrzostw Europy. Grzegorz zaś pięć razy był mistrzem Polski, brązowym medalistą mistrzostw świata i mistrzostw Europy.

Myśl o wycofaniu się ze sportu przyszła po odmowie wyjazdu na Olimpiadę w Los Angeles w 1984 roku. Obaj byli rozżaleni, zawiedzeni. - To były chwile złości - mówi Grzegorz. - Ba, nawet wściekłości. Wszak cykl przygotowawczy do występu na olimpiadzie trwa cztery lata. Wymagało to sporo czasu i poświęceń. Decyzją jakiegoś kretyna z Komitetu Centralnego PZPR nasza robota poszła na marne!

Decyzję o wycofaniu Pawła przypieczętował nowy trener kadry narodowej pięściarzy Andrzej Gmitruk. - Powiedział mi - opowiada - że nawet gdybym był najlepszy, to i tak nie będę walczył, bowiem on stawia na młodych. Wtedy zrezygnowałem.

Po zakończeniu kariery Paweł Skrzecz ukończył kurs instruktorski i przeszedł do pracy trenerskiej w Gwardii Warszawa. Najpierw pracował z juniorami, a potem był trenerem odpowiedzialnym za ich szkolenie. Później odpowiadał za juniorów w okręgu warszawsko-mazowieckim. W końcu został drugim trenerem Gwardii.

Grzegorz Skrzecz przez pięć lat trenował juniorów w Gwardii. - Miałem papiery trenerskie, więc mogłem się w to bawić - wyjaśnia. - Zresztą zmobilizowało mnie to do zrobienia matury. Kończąc kurs trenerski, obiecałem bowiem, że zdam egzamin dojrzałości. Bez niego nie można było otrzymać odpowiednich dokumentów, ale zaufano mi, przyznając tytuł trenera, na wyrost, bez matury. Ja dotrzymałem słowa i zdałem egzamin.

Potem, jak zauważa, miał trochę szczęścia. - Zaproponowano mi pracę w Kanadzie, chcieli, bym zajął się zawodnikami wagi ciężkiej przygotowującymi się do zawodowstwa. Miałem trenować 18-letniego Kirka Johnsona, mistrza świata juniorów. Trenowałem jego i innych reprezentantów Kanady.

Sam, jak przyznaje, nigdy nie myślał, by boksować zawodowo, mimo że intratnych propozycji nie brakowało. Jeszcze w 1976 roku otrzymał ofertę od właściciela niemieckich Kaufhalle, by boksował dla niego. - Położył na stół 30 tysięcy dolarów i namawiał - mówi. - Ale ja nigdy nie widziałem się w roli uciekiniera z Polski. W Kanadzie też mi proponowali, abym został na stałe. Ale moja psychika by tego nie wytrzymała. Wróciłem po pół roku i nie żałuję. To był 1991 rok.

W tym samym czasie brat pracował w Gwardii. I tak jest do dziś. Wciąż związany jest z tym klubem. Jest pierwszym trenerem i koordynatorem. Od 1998 roku rozpoczął też współpracę z trenerem kadry Adamem Kusiorem.

Grzegorz po przyjeździe nie wrócił do Gwardii. - Kiedy byłem w Kanadzie, niektórzy koledzy robili mi pod górkę. Wyrzucili mnie dyscyplinarnie z klubu. Argumentowali, że uciekłem z kraju, że okradłem Gwardię. Kiedy przyjechałem do Polski, wiedziałem, że w klubie nie ma już dla mnie miejsca. Zacząłem więc szukać swojego miejsca w życiu.

I znalazł. Właściwie udało mu się to już w samolocie. Wyczytał bowiem w gazecie, że Billa, firma otwierająca w Polsce supermarkety, poszukuje ludzi do współpracy. Otrzymał zatrudnienie jako szef ochrony w sklepie przy Ostrobramskiej w Warszawie.

- Nie "zagrzałem" jednak tam miejsca zbyt długo - tłumaczy. - Kiedy w kraju organizowano pierwszą Galę Sportu Zawodowego, poproszono mnie, abym przygotowywał ludzi, którzy mieli tam walczyć. Pojechałem więc na zgrupowanie do Świdnika. A po gali, na bankiecie, spotkałem starego przyjaciela z Gwardii Wojtka Mielcarza, który miał własną firmę ochroniarską. Zaproponował mi pracę u siebie. Przyjąłem tę ofertę i zostałem szefem IV działu ochrony, kierując pracą 60 osób. Tak było przez 14 lat.

Trzy lata temu zasugerowano mu, aby zmienił nieco system pracy i przeniósł się do ZPR. I tak też uczynił. Jest szefem ochrony warszawskich salonów gry ZPR.

W tym czasie wystąpił również w kilku filmach. - Zagrałem we wszystkich obrazach Olafa Lubaszenki i w "Tanich pieniądzach" Tomka Lengrena. Byłem policjantem, barmanem, kucharzem, bramkarzem. Ale przecież nie zagram Królewny Śnieżki, bo do tego się nie nadaję. Na pewno była to bardzo fajna zabawa, nowe znajomości.

Paweł nie wyobraża sobie innego życia, aniżeli tego związanego ze sportem. - Dlatego ukończyłem kurs trenerski - wyjaśnia. - Wcześniej przez siedem lat pracowałem też w firmie ochroniarskiej, stałem na bramce w hotelu "Polonia". Ale nie zrywałem kontaktu ze sportem, tamta praca to była forma dorobienia sobie.

- Gdyby nie sport, na pewno nie rozmawialibyśmy w tym miejscu - mówi Grzegorz Skrzecz. - Nasze prognozy były bowiem mizerne. Dzięki Bogu na naszej drodze stanął "Dziadek" Kosinow. Co roku jeździmy do niego na grób i składamy kwiaty.

Obaj bracia przyznają, że bardzo źle się stało, iż w Polsce zlikwidowano ligę bokserską. - Miało ją zastąpić Grand Prix, ale to nic nie zmieniło - mówi Paweł. - Jeśli więc nie przywrócimy ligi, nie będziemy jeździć po kraju i szukać talentów, to nie będzie zawodników, którzy z zaangażowaniem oddadzą się tej dyscyplinie sportu.

- Liga tworzyła pewien bokserski świat - stwierdza Grzegorz. - Cztery turnieje tego nie zastąpią. Nie ma zawodników. Likwidacja ligi wcale nie podniosła poziomu. Należy radykalnie zmienić system szkolenia. Młodymi muszą zajmować się osoby, które znają się na tym sporcie i doświadczyły czegoś w tej dyscyplinie. Same studia nie wystarczą.

Obaj uważają się za ludzi szczęśliwych i spełnionych. - Mimo że nie udało mi się zdobyć złotych medali, coś osiągnąłem, a właściwie nawet dużo - mówi Paweł. - Mam wspaniałą rodzinę, żonę, dwóch synów. Sebastian, mgr AWF, ma 26 lat i jest drugim trenerem. Pomaga mi. Piotr ma 21 lat. Studiuje i jednocześnie pracuje w restauracji. Mamy piękny dom w Białołęce, posadziłem ponad 100 drzewek i cieszę się, że ludzie chcą ze mną współpracować.

Grzegorz wraz z żoną Kasią prowadzi firmę promocyjną. Wybudował dom na Żeraniu, a więc w miejscu, gdzie spędził młodość. Uprawia ogródek. Z żoną, w której jest bardzo zakochany. Z pierwszego małżeństwa ma syna Rafała - 25 lat, który nie chciał iść w ślady ojca i boksować, oraz córkę Patrycję - 21 lat. W nowym związku urodziła mu się dziewczynka. Karolinka ma dwa latka.

Bracia nie chcą mówić, dlaczego ich drogi się rozeszły. Tylko Paweł stwierdza, że poszło o pieniądze. - Nie dam się okradać. Grzegorz pojechał do Kanady za moje. Zresztą to był mój kontrakt. A jeśli on się nie poczuwa, to ja nie będę zabiegał. To boli, ale ja za niego nie mogę odpowiadać.

- Zaproszenie, bilety, wiza ze związku z Kanady były na moje imię i nazwisko, czyli dla mnie, dlatego ja pojechałem - komentuje krótko Grzegorz.

Niestety, największą tragedię przeżywa mama, bowiem bracia nie spotykają się nawet na wigilii. Tym samym łączą ich teraz jedynie wspólne wspomnienia i nazwisko. Dużo to, ale na pewno niezbyt wiele dla ludzi, w których płynie ta sama krew.



TOMASZ GAWIŃSKI

Tekst pochodzi z tygodnika Angora
1

"I try to catch him right on the tip of the nose, because I try to push the bone into the brain." (M.Tyson)

Ekspert SFD
Pochwały Postów 686 Wiek 32 Na forum 11 Płeć Mężczyzna Przeczytanych tematów 13120

Wyjątkowo przepyszny zestaw!

Zgarnij 3X NUTLOVE 500 w MEGA niskiej cenie!

KUP TERAZ
...
Napisał(a)
Zgłoś naruszenie
Znawca
Szacuny 30 Napisanych postów 1966 Na forum 15 lat Przeczytanych tematów 23192
Taaa,jak zwykle pier..... pieniadze skad ja to znam.Samo zycie.Szkoda,ze teraz nie mamy takich 2 braci w boksie
2

Dopóki żyję dopóty walczę,
dopóki walczę dopóty jestem człowiekiem.

...
Napisał(a)
Zgłoś naruszenie
Początkujący
Szacuny 8 Napisanych postów 1853 Wiek 33 lat Na forum 16 lat Przeczytanych tematów 20162
Niech wyjda na sparing i po klopocie
A na powaznie to szkoda bo najwiecej ucierpi na tym matka ktora musi sie martwic na stare lata.
1

"Bicepsy to możesz sobie wyrobić na siłowni,ale jaja się ma albo nie" JLB

...
Napisał(a)
Zgłoś naruszenie
Ekspert
Szacuny 144 Napisanych postów 7358 Wiek 37 lat Na forum 18 lat Przeczytanych tematów 36022
Jarzynek odświerzaj swoj temat "Walki Mike Tysona" i dawaj nowe walki!
...
Napisał(a)
Zgłoś naruszenie
Początkujący
Szacuny 23 Napisanych postów 4847 Na forum 16 lat Przeczytanych tematów 40958
Bahamut już nie bawem spox

"I try to catch him right on the tip of the nose, because I try to push the bone into the brain." (M.Tyson)

...
Napisał(a)
Zgłoś naruszenie
Początkujący
Szacuny 7 Napisanych postów 1260 Wiek 34 lat Na forum 17 lat Przeczytanych tematów 17192
Brawa za polskosc obydwu piesciarzy ale z drugiej strony szkoda ze nie przeszli na zawodostwo i ich kariery nie potoczyly sie jeszcze lepiej
1

da saga continous

...
Napisał(a)
Zgłoś naruszenie
Początkujący
Szacuny 8 Napisanych postów 1853 Wiek 33 lat Na forum 16 lat Przeczytanych tematów 20162
Nie mogli przejsc na zawodostwo tak jak Kulej. Za komuny nie bylo sportu zawodowego. Tak samo jak teraz jest na Kubie: wiele talentow bokserskich sie marnuje. Wygrywaja olimpiady a dalej nie ma o nich wiesci.

"Bicepsy to możesz sobie wyrobić na siłowni,ale jaja się ma albo nie" JLB

...
Napisał(a)
Zgłoś naruszenie
Znawca
Szacuny 30 Napisanych postów 1966 Na forum 15 lat Przeczytanych tematów 23192
Naprawde szkoda,ze tak wielu kubanskich bokserow nie walczylo wsrod zawodowcow,chociazby Teofilo Stevenson.Mysle,ze doszedlby na sam szczyt i bylby jednym z najwiekszych w historii boksu.

Zmieniony przez - Typer w dniu 2006-01-18 21:20:09

Dopóki żyję dopóty walczę,
dopóki walczę dopóty jestem człowiekiem.

...
Napisał(a)
Zgłoś naruszenie
Początkujący
Szacuny 7 Napisanych postów 1260 Wiek 34 lat Na forum 17 lat Przeczytanych tematów 17192
racja zapytalem sie ojca czy kojarzy Stevensona, od razu obudzil sie po robocie i zaczal mi opowiadac jaki to z niego byl swietny bokser itp. i powiedizal mi tez ze stevenson rzucil wyzanie(ale o pietruszke) uwczesnym zawodowcom wagi ciezkiej, ale walka miala odbyc sie na kubie-nikt na to nie poszedl

da saga continous

...
Napisał(a)
Zgłoś naruszenie
Znawca
Szacuny 30 Napisanych postów 1966 Na forum 15 lat Przeczytanych tematów 23192
Znalazlem o Stevensonie taka historie Na olimpiadzie w Monachium w 1972 walczyl przeciwko naszemu bokserowi - Ludwikowi Denderysowi.Nasz bokser mial pseudonim "Bialy Louis",byl 2-krotnym brazowym medalista Mistrzostw Europy i znany byl z tego,ze potrafil zarowno mocno trafic jak i wytrzymac silne ciosy.Teofilo mial wtedy 20 lat,a Denderys 28,wiec doswiadczenie jak i sila ciosu byly po stronie Polaka,Jednak walka zakonczyla sie juz po 1 rundzie.Nasz juz nie wyszedl do drugiej rundy.Na kilkanascie sekund przed koncem pierwszej Teofilo trafil go 2 bardzo szybkimi lewymi prostymi.Wydawalo sie,ze nie mogly az tak bardzo zaszkodzic Polakowi i wielu uwazalo,ze stchorzyl.Jednak nastepnego dnia widok jego twarzy mowil wszystko - te 2 uderzenia spowodowaly deformacje powieki i kosci policzkowej.Denderys powiedzial powiedzial.ze "Takich kopniec jeszcze w zyciu nie dostalem.To bylo jak porazenie pradem"
Mozna tylko zalowac,ze Teofilo nigdy nie stanal w ringu przeciwko Alemu,Frazierowi czy Foremanowi.
1

Dopóki żyję dopóty walczę,
dopóki walczę dopóty jestem człowiekiem.

...
Napisał(a)
Zgłoś naruszenie
Początkujący
Szacuny 7 Napisanych postów 1260 Wiek 34 lat Na forum 17 lat Przeczytanych tematów 17192
w rzeczy samej Typer a to ze nie walczyl zawdzieczamy Fidelowi :/

da saga continous

Nowy temat Wyślij odpowiedź
Poprzedni temat

Razciaganie

Następny temat

Judogi Serwach i inne - do kupujących

Black weekend