Amanda Lee to zdecydowanie wieka gwiazda Instagrama. W tej chwili obserwuje ją ponad 12 milionów fanów i liczba ta rośnie, dzięki gorącym zdjęciom, które wrzuca. Ale niech was one nie zwiodą, Lee jest bowiem certyfikowanym trenerem personalnym. Swoje pierwsze posty Amanda zaczęła wrzucać w 2014 roku i bardzo szybko odkryła, że największą popularnością cieszą się te w bikini czy w krótkich szortach.

Wielokrotnie powtarza na swoim profilu, że fitness jest sexy, więc dlaczego ma tego nie pokazywać na Instagramie? A trzeba przyznać, że jest na co popatrzeć. Amanda jest właścicielką dużego biustu, bardzo wąskiej talii i wyćwiczonych, okrągłych pośladków. Do tego jest blondynką o długich włosach. Czego zatem chcieć więcej? Może tylko planu treningów, aby móc wyglądać podobnie... a takie Amanda oferuje na swojej stronie. Oprócz tego za "duże pieniądze", można zamówić indywidualne treningi z piękną Lee lub zdecydować się na współpracę promując własną markę.

W wywiadzie dla Cosmopolitan gwiazda zauważa, że to, co pokazuje na Instagramie to tak zwany “Instagram real life” - dlatego zwykle ujęty jest jej prawy profil, który uważa za lepszy od lewego. W końcu każdy chce być doskonały. Jednak Amanda przyznaje, że wraz ze wzrostem jej popularności w social mediach, zmieniła trochę podejście do treningów. Zależy jej na tym, aby to, jak wygląda jej ciało dawało jej poczucie pewności siebie, ale nie chce przy tym pracować zbyt ciężko.

Jej matka Olinda wspomina, że Lee ma nadal problemy z własną samooceną i ciężko przyjmuje krytyczne uwagi pod jej zdjęciami. Codzienna praca nad zdjęciami oraz ich publikacją w sieci, często ją po prostu przytłacza, o czym głośno nie pisze swoim fanom. Wygląda na to, że Amanda wrzucając swoje seksowne zdjęcia, czeka tylko na negatywne komentarze. To rzeczywiście musi być ciężka praca...